Codename: Panzers – Zimna Wojna – recenzja

Tym razem, podtytuł chyba już sam w sobie tłumaczy zawartość całej produkcji – Zimna Wojna. Po tym jak III Rzesza przestała istnieć, świat podzielił się na dwie frakcje. Wolny zachód i uciemiężony przez rękę Józefa Stalina wschód. Tak było na łamach historii, ale w alternatywnej rzeczywistości – Codename Panzers, sowiecka Rosja w 1949 roku doprowadza do kolejnego konfliktu zbrojnego. Można go określić III wojną światową. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że mimo odejścia od prawdziwych kart historii, znajdziemy do niej wiele nawiązań. Przykładowo, w grze występuje organizacja NATO. Nie zabrakło też technologii, które wraz z kolejnymi latami, a zarazem toczonymi bojami na froncie, zmieniają się, a my możemy je wykorzystywać w walkach z Rosją. Tak więc w skrócie, historia przedstawiona w Zimnej Wojnie, jest jakby alternatywą dla Zimnej Wojny, jaką my znaliśmy. Tu jest ona bardzo gorącym, a wręcz palącym konfliktem, z którym przyjdzie się zmierzyć każdemu, kto zakupi ten produkt. Warto jednak wspomnieć, że w ukończonej grze, będziemy mogli opowiedzieć się po stronie Sowietów albo Aliantów. W wersji, którą ja dostałem, mogłem jedynie przetestować część fabularną , związaną z tymi drugimi.

Czas iść do szkoły…
Po odpaleniu produkcji, automatycznie zostaniemy wprowadzeniu do samouczka. To on, poprzez szereg zadań, nauczy nas, jak sterować jednostkami, co robić w danym momencie, oraz co dany obiekt, lub pole nam umożliwia. Trzeba przyznać, że jest on bardzo przydatny, gdyż bez niego ciężko byłoby grać. Producent bowiem, wprowadził bardzo wiele urozmaiceń do gry. Dobrym przykładem jest helikopter, który przywiezie nam odpowiedni sprzęt tylko wtedy, kiedy mamy wystarczającą ilość pieniędzy, albo to, że każda jednostka może być z czasem ulepszana. Przykładowo, czołgi możemy uzbroić w działko przeciwlotnicze albo miotacz ognia. Tak więc, naprawdę warto zajrzeć do nauczyciela, aby potem bez problemu zastosować na naszych wrogach wszystkie dostępne metody wyeliminowywania.

Czytaj dalej Codename: Panzers – Zimna Wojna – recenzja

Brother MFC-6890CDW – test

MFC-6890CDW jest urządzeniem, które dzięki niewielkim wymiarom jest w stanie trafić do małych firm oraz domów. Dzięki dzisiejszej miniaturyzacji, w najnowszym sprzęcie od Brothera dostaniemy fax, skaner, drukarkę i drukarkę wielkoformatową. Dodatkowo MFC-6890CDW posiada takie wejścia, jak: CF, MS, SD, i xD. Został również zaimplementowany port USB oraz możliwość połączenia z komputerem za pomocą Wi-Fi. Pojemnik jest w stanie pomieścić około 350 kartek. Podajniki ADF i odbiorniku papieru mogą pomieścić 50 kartek.

W nowym urządzeniu MFC-6890CDW zastosowano są też takie funkcje, jak Book Copy (koryguje na kopiach ciemną linię pomiędzy dwiema stronami rozłożonej książki), Auto Skew Adjustment (koryguje kopiowany obraz, jeśli oryginał nie przylega dokładnie do szyby) oraz funkcja znaku wodnego, która umieszcza na kopiach opracowane wcześniej lub wygenerowane automatycznie sygnatury.

Drukarkę konfiguruje się za pomocą małego, kolorowego ekraniku LCD o przekątnej 4,2’’, który znajduje się na środku obudowy. Panel jest dotykowy i właśnie on pokazuje, jaki jest poziom tuszu, do kogo jest wykonywane połączenie telefoniczne/faksowe, czy też aktualny status urządzenia.

Urządzenie drukuje 35 stron oraz 28 stron grafiki na minutę, w najniższej jakości wydruku. W najlepszym trybie otrzymamy 5 kartek maszynopisu w przeciągu minuty i około 2-3 strony grafiki w tym samym czasie.

Koszt wydruku niestety nie należy do najtańszych, gdyż do drukarki trzeba kupić 4 tusze, aby wszystko działało sprawnie. Niby nic w tym złego, ale opłaca się tylko drukować w najniższej jakości, gdyż wtedy kolor czarny starcza na 900 stron, a kolorowy na 750. Niemniej, gdy będziemy chcieli drukować w najwyższych parametrach, to nabój z barwą czarną skończy się po 450 stronach, a kolorowe kartridże będzie trzeba wymienić po 325 stronach. Wychodzi to mniej więcej 1,10 zł za stronę, czyli całkiem sporo.

Jakoś wydruku jest zadowalając w przypadku wykorzystywania papieru sygnowanego marką Brother oraz przy najlepszych ustawieniach. Tylko wtedy bowiem uzyska się odpowiednią gamę barw. Drukowałem za pomocą tego urządzenia zdjęcie – przyznam, że jakość wydruku jest na tyle zadowalająca, że fotografię postanowiłem oprawić w ramki i powiesić na ścianie pokoju.

Czytaj dalej Brother MFC-6890CDW – test

Grand Theft Auto 4 – recenzja

Taką mrzonkę miał również bohater gry – Niko Bareti, który przyjechał z Rosji do swojego brata (mieszkającego w USA) z przekonaniem, że prowadzi naprawdę dochodowy interes. Niestety rzeczywistość była zupełnie inna. Okazało się bowiem, że jego brat wcale nie jest tak wysoko ustawiony w hierarchii społecznej, będącej zdominowaną przez zielone banknoty. Na dobrą sprawę miał poważne problemy finansowe, zaś my musieliśmy mu pomóc, zarabiając przy tym pieniądze.

Po wcieleniu się w główną postać – dość szybko zostajemy wciągnięci do nielegalnej pracy i zaczynamy zabijać pierwszych ludzi. Pozostałe wydarzenia musicie poznać sami. Fabuła najnowszego GTA jest bowiem naprawdę doskonale napisana. Nieoczekiwane zwroty akcji, przyjaźnie do końca życia oraz dwa zakończenia. To wszystko sprawia, że trzeba powiedzieć prosto z mostu: „GTA IV jest pod tym względem ideałem.”. Co zaś z resztą?

Zacznijmy od rzeczy oczywistych. Najnowsza odsłona Wielkiej Kradzieży Aut to pierwsza wersja tej serii, którą przeznaczono na nową generację konsol. Zaowocowało to oczywiście nowym silnikiem graficznym, znacznie potężniejszy od znanego nam z poprzednich części. Niemniej to, co R zrobiło z mocą drzemiącą w Xboxie 360 i PlayStation 3 przechodzi ludzkie pojęcie. GTA stało się tworem, który jest czymś niesamowitym. To, czego doświadczyliśmy w GTA 3, GTA VC, czy też GTA S.A. jest jedynie namiastka tego, co można jeszcze wpakować do tej gry. Czemu „namiastką”? W GTA IV wszystko jest potężniejsze, bardziej rozbudowane i dopracowane. Pamiętacie przykładowo sklepy w GTA S.A? Teraz jest ich znacznie więcej, dodatkowo (w zależności od dzielnicy) pozwolą nam zakupić odpowiedni styl ubrania, dominujący wśród członków danej społeczności. W dzielnicy rosyjskiej będziemy mogli kupić „seksowny” dres i skórzaną gangsterską kurtkę. W rewirze dla bogaczy natrafimy zaś na piękne koszule, drogie paski oraz najdroższe garnitury. Nie inaczej będzie z zachowaniem mieszkańców (zależnym od statusu społecznego) tudzież samochodami. Ludzie bogatsi chodzą w pięknych rzeczach i odnoszą się z cała kurtuazją. W gorszych dzielnicach spotkamy ich przeciwieństwa – drobne rzezimieszki, przeklinające kobiety, ćpuny zaczepiające Cię na każdym kroku, czy też panny – wykonujące najstarszy zawód świata. Z takim właśnie klimatem będzie nam dane się obeznać. Przypada do gustu? Dla mnie to niebywałe. Wszystko odnosi się do rzeczywistości, zachwyca od samego początku, a wraz z przechodzeniem kolejnych etapów gry zdumienie nie znika. Miasto staje się coraz bardziej zadziwiające. Zawdzięczamy to zmianom architektonicznym w grze. Z początku nasze oczy zobaczą niskie (niekiedy z odpadającym tynkiem) budynki, natomiast po przejechaniu kilkunastu kilometrów wyłonią się przepiękne wieżowce, które bądź, co nie bądź odpowiadają tym w Nowym Yorku.

Czytaj dalej Grand Theft Auto 4 – recenzja

Fight Night Round 4 – recenzja

Przez trzy kolejne dni siedziałem dniami i nocami nad tym tytułem, aby przejść go jak najszybciej i podzielić się z Wami wrażeniami.

„You got the touch You got the power”

Yeeaa, po wymęczeniu Gambita na gg otrzymałem do testów najnowszą odsłonę gry z serii Fight Night Round 4. Czekałem na nią trzy lata, gdyż poprzednia część powstała w 2006 roku. Od tamtego czasu EA pracowało w pocie czoła, a efekty można już zobaczyć na ekranie.

Gdy pierwszy raz włączymy grę, na ekranie pojawi się najpierw intro, które ukaże najciekawsze momenty z gry właściwej. Dwóch pięściarzy, potężne uderzenia sprawiają, że aż chce się wylądować na ringu. Ale spokojne, gdyż od razu po wstępie nie pojawia się menu, tylko opcja treningowa. Wpierw musimy ją przejść, aby dostać się dalej. Moim zdaniem jest to doskonały pomysł, gdyż jeszcze przed rozpoczęciem zabawy można nauczyć się dobrze wyprowadzać ciosy, a ponadto unikać ich.

 

Czytaj dalej Fight Night Round 4 – recenzja

ESET Smart Security 4 – test

Otrzymałem Nortona i powiem szczerze, że nie byłem z niego zadowolony, gdyż wolno się aktualizował i słabo sprawdzał pliki. Teraz jednak powrócił do mnie NOD, ale w nowej wersji nazwanej ESET Smart Security 4. Czas sprawdzić, na co stać ten program antywirusowy…

Określę jasno – ESET Smart Security 4, to na dobrą sprawę NOD 32 Antyvirus, Antispyware, Firewall i Antispam w jednym opakowaniu. Czyli za około 200 zł, otrzymujemy cztery programy w jednym. Skoro już jasno określiliśmy, co i jak, to zaczynamy test.

Po pierwsze, program kupimy w sklepie, albo przez Internet. ESET SS 4 można bowiem ściągnąć na dysk ze strony producenta, aby następnie wpisać licencję, która wcześniej zakupiliśmy. Ja otrzymałem wersje pudełkową, ale po wgraniu programu i tak musiałem zarejestrować się za pomocą witryny WWW. Gdy system się wgrał, dostałem na e-mail login i hasło. Wpisałem je i program zaczął działać. Pierwsze, co zrobił to sprawdził, jakich jeszcze aktualizacji systemowych nie zainstalowałem. Poinformował mnie o tym, a następnie zaktualizował się do najnowszej wersji.

Czytaj dalej ESET Smart Security 4 – test

Brother DCP-165C – test

 Urządzenie wielofunkcyjne Brother DCP-165C , którego miałem możliwość przetestowania, przeznaczone jest dla osób, które chcą posiadać kilka sprzętów w jednym.

Brother – DCP-165C jest urządzeniem wielofunkcyjnym umożliwiającym drukowanie, kopiowanie i skanowanie kolorowych dokumentów oraz zdjęć, zarówno z komputera, jak i aparatu cyfrowego za pomocą portu PictBrige. Urządzenie posiada również opcję odczytywania, zapisywania oraz bezpośredniego wydruku fotografii z karty pamięci oraz bezpośredniego skanowania do karty pamięci. W skrócie jest to ksero, drukarka i skaner w jednej obudowie, przypominającej sporych rozmiarów kwadrat.

Skoro już nawiązałe do wyglądu, to rozwinę tę myśl. Wymiary urządzenia są następujące: 390 x 150 x 365 mm. Czyli, sprzęt nie jest mały, ale także nie należy do największych. To dobrze, gdyż nie zajmuje dużo miejsca, a coś o tym wiem, gdyż mieszkam w kawalerce. Kształt i kolor są standardowe. Całość przypomina kwadrat i jest obudowana szarym plastikiem. Z przodu został umieszczony panel z gumowymi klawiszami (świecą się, gdy jest ciemno), a na górze znajduje się klapa od skanera. Urządzenie waży 7 kg, czyli nie jest wyjątkowo ciężkie. Sprzęt wygląda estetycznie, ciężko go nazwać typowym „kombajnem”. Produkt nie jest rewolucyjny pod względem wizualnym, ale też nie odbiega od współczesnych kanonów .

Czytaj dalej Brother DCP-165C – test

Manta LCD TV-501 – test

Wystarczyło poczekać i proszę – teraz to wszystko weszło na rynek. Technika ta została wykorzystana nie tylko w monitorach, ale również w przedmiotach codziennego użytku. MP3, MP4, laptopy, komórki, czy telewizory – to one właśnie dzięki super płaskim wyświetlaczom zrobiły niemałą furorę. Twórcy jednak nie kończą swoich wojaży. Moda na miniaturyzację urządzeń dotknęła również firmę Manta, która wprowadziła na rynek nowy telewizor LCD TV-501. Czy warto go kupić?

Gdy pierwszy raz zobaczyłem LCD TV-501 stał on w kartonowym pudełku. Pomyślałem sobie, że tak samo jak stare przenośne telewizor, tak i ten będzie sporo ważył. Podniosłem opakowanie za rączkę i okazało się, że urządzenie praktycznie nic nie waży. Dopiero potem przeczytałem, że masa tego odbiornika to zaledwie 940g. Dzięki małej wadze można urządzenie to zabrać bez większego problemu praktycznie wszędzie.

Po rozpakowaniu telewizorek ponownie mnie zaskoczył. Po pierwsze rozmiarami. 200x210x160 mm, to bardzo mało jak na tego typu urządzenie. Po drugie osadzenie wszystkiego w kształcie piłki jest naprawdę bardzo dobrym pomysłem. Taki design na pewno spodoba się kibicom, poza tym piłka to taki śmieszny kształt, który moim zdaniem pasuje do wspólnego grillowania etc. Zawsze można go również wyjąć i postawić na kuchennym blacie jeśli żona nie pozwala nam oglądać ulubionego programu:)

Lekkość i kształt to dwa pierwsze atuty tego urządzenia, a jak jest dalej?

Czytaj dalej Manta LCD TV-501 – test

FaceBraker – recenzja

Tytuł ten pewnie nie jest Państwu dobrze znany, ale główne założenie twórców z firmy Electronic Arts było proste. Ma to być tytuł, który będzie podobny do NBA Street, czy też NFL Street.

FaceBraker to gra bokserska, która, dzięki przeniesieniu w nowe środowisku, powinna zyskać na żywotności. Dlatego w produkcji tej nie zabrakło pastelowych i bardzo kolorowych postaci, ujrzymy też zadziwiająco szybkie ruchy zawodników i unikalne ciosy. Są tutaj bokserzy, którzy pokażą nam swoje nadprzyrodzone uderzenia, a my, aby je zobaczyć musimy naciskać tylko dwa klawisze. Szybkie ciosy polegają na naciskaniu guzików (pierwszy odpowiedzialny za górne bicie, a drugi za dolne), a silniejsze na przytrzymaniu ich. Blokowanie zaś uderzeń oponenta też nie należy do najtrudniejszych rzeczy. Trzymamy po prostu jeden klawisz i tyle. Resztę zrobi nasz zawodnik. Chyba, że chcemy unikać ciosów, wtedy naciskamy odpowiedni klawisz i wykręcamy gałkę.

Face Braker
Tytułowa nazwa oczywiście znalazła swoje miejsce w grze. To nawiązanie do gamebrakera z gry NBA Street. Tak jak tam, tak i tu musimy naładować odpowiedni pasek. Tym razem robimy to przez zadawanie obrażeń naszemu przeciwnikowi. Gdy już tego dokonamy, naciskamy odpowiedni klawisz, a nasz protagonista wykona nokautujący cios. Wygląda to naprawdę efektownie, ale do czasu. Animacje bowiem cały czas są te same. Jeden facebraker dla jednej postaci. Nie ma mowy o większej ilości wstawek kończących walkę. Oczywiście możemy wykorzystać pasek facebraker wcześniej, ale nasze uderzenie będzie przez to mniej efektywne – nie będzie K.O. na ekranie.

Czytaj dalej FaceBraker – recenzja

Need for Speed Undercover – sprawozdanie z pokazu

Gry z serii Need for Speed są niczym feniks. Raz chylą się ku upadkowi, by zaraz potem odrodzić się niczym ognisty ptak z popiołów.

Na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej firma Electornic Arts postanowiła zaprezentować najnowszą, jedenastą już część Need for Speed. Tym razem, nosi ona podtytuł Undercover. Prezentacja gry odbyła się na parkingu w Złotych Tarasach. Dla dziennikarzy przygotowano bowiem, prócz samego pokazu, kilka drobnych niespodzianek. Po pierwsze stał tam specjalnie przerobiony samochód marki SEAT, który dzięki odpowiednim modyfikacjom, miał moc 330 koni mechanicznych. Dodatkowo zostały zaimplementowane w nim dwie konsole PlayStation 3 i cztery małe telewizorki LCD, a wszystko po to, aby podczas jazdy można było grać. Po drugie, był jeszcze jeden samochód wyścigowy, który odwiózł zwycięzcę turnieju zorganizowanego dla redaktorów.

Praktycznie równo o godzinie 11:00 rozpoczęła się konferencja prasowa. Pani Lidia Zalewska zaprosiła na scenę producenta gry Need for Speed Undercover – Jesse Abneye’a. Gość specjalny odpalił konsolę i zaczął opisywać, jakie to ulepszenia wprowadzono do tego tytułu. Na wstępie zostało powiedziane, że tytuł powstawał aż dwa lata, co zaowocowało masą innowacji. Potem pojawiło się intro, który wdraża Nas w fabułę gry. Będziemy bowiem kierowali poczynaniami osoby, która za swoje wojaże samochodowe została złapana. Protagonista zostanie zwolniony z ciążących na nim zarzutów tylko wtedy, jeśli pomoże agentce federalnej. Oczywiście, lepiej być kapusiem, niż iść do więzienia, tak więc bohater zgadza się na tę ofertę. W tym momencie, my przejmiemy nad nim kontrolę. Trafimy do miasta Tri-City Bay Area, gdzie poznamy gangi złodziei samochodów. Właśnie ich będziemy musieli „sprzedać”.

Czytaj dalej Need for Speed Undercover – sprawozdanie z pokazu

Mercenaries 2 – recenzja

 Co z tego, skoro chyba nie warto…

Druga część przygód trójki najemników o imionach Mattias Nilsson, Jennifer Mui oraz Chris Jacoba przenosi nas do Wenezueli. Postać, w którą się wcielimy wybieramy już na samym początku. Niestety, większych różnic pomiędzy poszczególnymi bohaterami nie ma. Kobieta szybciej biega, a mężczyźni mają większą odporność na obrażenia. Oczywiście prócz tego cała trójka różni się od siebie wyglądem. To chyba najważniejsze – ale nie wiem, czy to dobra rekomendacja.

Tak jak wspomniałem nasza przygoda będzie toczyła się w Wenezueli. Nie ma różnicy jaką postać wybierzemy, bo i tak skazani jesteśmy na tę samą nudną fabułę. Zaczyna się sztampowo – w pierwszej misji wykonujemy zlecenie dla złego człowieka – Ramona Solano. Po wykonaniu roboty pragniemy odebrać nasze wynagrodzenie. Niestety zleceniodawca nie chce zapłacić, wystawia nas żołnierzom, a my musimy ratować się ucieczką. Na koniec zostajemy postrzeleni w prawy pośladek. Po wyleczeniu naszej, jakże krwawiącej i bolesnej rany zaczniemy się mścić na Solano. Wykonamy przy tym szereg misji dla opozycji robiąc przy tym niemałą rozwałkę w mieście. Zlecenia otrzymamy od pięciu zwalczających się grup, z których każda chce przejąć kontrolę nad źródłem ropy.

Czytaj dalej Mercenaries 2 – recenzja