Transformers Fall of Cybertron recenzja gry

Studio High Moon stworzyło naprawdę dobrą grę zatytułowaną  Transformers: War for Cybertron. Sami wystawiliśmy wysoką notę, o czym możecie przekonać się tutaj. Jednak kto nie idzie do przodu ten się cofa i dlatego jeszcze przed premierą Transformers Fall of Cybertron twórcy zapowiadali, że będzie to tytuł taki, jak Batman: Arkham Asylum. Oczywiście nie dosłownie i bardziej chodziło tutaj o przenośnię, którą raczej należy rozumieć w taki sposób, że będzie to tytuł, który da powód do radości fanom uniwersum Transformers i chyba tak się też stało, gdyż argumentów  jest sporo.

Przede wszystkim ukłonem w stronę fanów jest wątek fabularny, który jasno nawiązuje do kreskówkowego serialu  Transformers G1. Tak więc dowiadujemy się z niego, że pewnego dnia Megatron odkrył Dark Energon (Ciemny Energon), który niestety nie jest dobry dla planety Cybertron i przez niego ona umiera. Rozpoczyna się więc wojna, o to aby uchować ją przy życiu. Jednak gdyby to się nie udało na wszelki wypadek Autoboty tworzą Arkę – wielki transportowiec do przewozu tych wszystkich, którzy zechcą się wraz z nimiuratować. Niestety, w tworzeniu statku przeszkadzają Decepticony z Megatronem na czele i tylko od nas zależy, czy cały ten plan rozłożony na 13 misji dojdzie do skutku. Miło również, że podczas przechodzenia gry dowiemy się, jak powstały Dinoboty czy Decepticon Bruticus. Wyjaśniona zostanie również tajemnica niskiego IQ Grimlocka.

Co mi się podobało…

Po pierwsze sterowanie, które nie zostało prawie zmienione względem pierwowzoru. Fall of Cybertron zachowuje więc system z poprzednika. To ułatwia migrację z pierwszej do drugiej części. Poprawiono jedynie niewielki problem z przypadkową transformacją. W Fall of Cybertron już to się nie przydaża, ale niestety zmiana robota w pojazd jest o dwie sekundy dłuższa. Niestety, coś za coś.

Po drugie poprawiono sekcje, w których latamy. Główną skargą wobec gry War for Cybertron była ta dotycząca misji, w których poruszamy się takimi mechami jak Starscream, Thundercracker, Skywarp etc. Zamknięte lokacje psuły efekt przemieszczania się jako samolot i dlatego poprawiono ten segment zabawy oferując nam szerokie i otwarte przestrzenie, gdzie można naprawdę rozwinąć skrzydła.

Szybka i pełna akcji

Po trzecie. Fall of Cybertron kontynuuje tradycję zapoczątkowaną przez poprzednika, a więc jest błyskawicznym, pełnym akcji shooterem z widokiem trzeciej osoby. To sprawia, że od tytułu nie można się oderwać, ale niestety przez to można ukończyć go w około 7 godzin. Z drugiej strony wszystkie te 420 minuty są bardzo ekscytujące i nie da się ich zapomnieć. Poza tym zawsze możemy powalczyć w sieci.

Dużo do zbierania

Po czwarte. Fall of Cybertron oferuje możliwość zbierania licznych przedmiotów, które ukryte są na każdym poziomie. Jeśli się pokusimy na tego typu zabawę, to w nasze dłonie wpadną plany nowych broni i modyfikacji, które pomogą w przechodzeniu gry oraz zabawie w trybie sieciowym. Producent umożliwił również skolekcjonowanie ścieżek audio czy dzienników, te drugie rozszerzają wątek związany z upadkiem Cybertronu.

Sklep z modyfikacjami

Po piąte. Szukanie modyfikacji to nie jedyna możliwość ulepszenia naszego arsenału. Dzięki specjalnymi terminalom możemy cały czas możemy je nabyć. Większość tych ulepszeń przydaje się w późniejszych poziomach. Interfejs tego „sklepu” ładnie wpasowuje się w grę i jest czytelny.

Bronie

Po szóste. Skoro już o modyfikacjach mowa to oczywiście dotyczą one broni. Zwiększają one ich siłę, ale warto wspomnieć o „modelach”, jakimi dysponują Transformery. Mamy więc dostęp do snajperek, shotgunów, karabinów, wyrzutni rakiet, czy też bardziej efekciarskie zabawki, jak pukawka, która po trafieniu w przeciwnika sprawia, że ten walczy po naszej stronie przez pewien czas. Zdecydowanie różnorodność broni jest plusem  tej produkcji.

Multiplayer

Po siódme. Cieszy to, że ten segment zabawy również został odpowiednio potraktowany przez dewelopera. Najlepszym tego przykładem jest rzucający się od razu w oczy tryb kooperacyjny nazwany „Escalation” (Eskalacja) nawiązujący do  trybu Horda z Gears of War 3. W tej opcji zabawy wybieramy jednego z Autobotów lub Decepticonów i wraz z innymi graczami staramy się przetrwać 15 fal, w których atakują nas przeciwnicy. Za zdobyte podczas walki punkty możemy zakupić nowe bronie lub lepiej ufortyfikować planszę, na której walczymy.

Pozostałe tryby to  Team Deathmatch, w którym dwie drużyny walczą między sobą. Następnie jest  Capture the Flag, w którym musimy utrzymać wybrane punkty na mapie. Możemy również wziąć udział w Head Hunter, gdzie naszą misją jest przenoszenie iskry w określone miejsca.

Zabawa w trybie on-line jest szybka dynamiczna i często wymaga spójności w drużynie. W przeciwnym razie przegraną mamy zagwarantowaną. Trzeba bowiem odpowiednio połączyć unikalne cechy mechów, jak niewidzialność, leczenie czy osłona. Tylko wtedy możliwa jest wygrana.

Końcowa misja

Po ósme. Napiszę tylko tyle, że jest wręcz przecudna, piekielnie wymagająca i szalona, a końcowy przeciwnik ( w sumie jedyny), uch to była walka na śmierć i życie. Więcej dowiecie się kupując i grając w ten tytuł.

Co mi się nie podoba

Są to tylko dwie kwestie. Po pierwsze nie można zmieniać bohaterów. Szkoda, gdyż bardzo mi się podobała możliwość wybierania postaci, którymi będę się poruszał w grze War of Cybertron. Niestety, Fall of Cybertron nie posiada takiej opcji. Oczywiście ma to związek z fabułą, ale z drugiej strony uwstecznia to lekko tytuł.

Po drugie zakończenie (spojlery). Pokonanie ostatniego przeciwnika praktycznie kończy grę. Nie wiemy, co było dalej, ani co będzie. Z jednej strony mamy zasugerowane, że pojawi się kontynuacja, ale z drugiej nie otrzymujemy odpowiedniej nagrody za nasze boje. Szkoda, gdyż każdy gracz pragnie epicko zakończyć tytuł. Tutaj niestety tego zabrakło.

Grafika to element, który znalazł się poza kategoriami, gdyż ogólnie jest bardzo podobna do tej zaprezentowanej w poprzedniej części. Modele postaci są tylko nieco bardziej szczegółowe i otoczenie wygląda jakby dostało trochę więcej detalów. Mimo wszystko wielkiego skoku nie ma.

Fall of Cybertron to bardzo udana kontynuacja i, co by tu nie pisać, jest godną następczynią War of Cybertron. Jak przystało na sequel otrzymaliśmy to co było w pierwowzorze, ale udoskonalone, upiększone, powiększone i intensywniejsze. Pomysł się udał i jak na razie jest to najlepsza gra o przygodach Transformerów, jaką miałem kiedykolwiek w swojej kolekcji. Wydaję mi się jednak, że  jest to również ostatnia tak udana produkcja studia High Moon, a kolejne części będą już porównywalne do tej. Zespół bowiem wycisnął już chyba ostatnie soki z tego uniwersum, ale mam nadzieję, że się mylę…

Ocena: 9/10

Plusy:

+ Grafika

+ Rozbudowanie

+ Fabuła

+ Zabawa on-line

+ Dynamika

Minusy:

– Zakończenie

– Brak możliwości wybierania bohaterów

Blog jest częścią StacjaKultura.pl i jest jej własnością. AMSO Laptopy poleasingowe utrzymuje całą StacjaKultura.pl

Trine 2 recenzja gry

Nad recenzją gry Trine 2, a dokładnie nad jej początkiem myślałem dosyć długo, a to dlatego, że takie tytuły są bajkowe i powinno się je opisywać również w fantazyjny sposób. Mamy tutaj bowiem ponownie produkcję, która przenosi nas do krainy Trine, gdyż w niej powtórnie pojawiło się zło, które powoli pochłania sielankowe życie jej mieszkańców. Dlatego też trójka bohaterów poznanych w pierwszej części ponownie ma zamiar ocalić swój świat, a my musimy im w tym pomóc.

Fabuła brzmi może i naiwnie, ale takie są bajki. Jedne potrafią być bardziej złożone, inne mniej, jednak w serii Trine nie chodzi o scenariusz, tylko o sposób jego przedstawienia i w tym aspekcie producent gry (ponownie studio Frozenbyte) spisał się na medal. Przede wszystkim dlatego, że odżyły we mnie wspomnienia, „echa dziecięcych lat”(2), a było to możliwe dzięki wspaniałym przerywnikom filmowym. Te, jak w pierwszej cześć historia jest opowiada przez ciepły, głos przywodzący na myśl dziadka przy kominku w tle. Poza tym, wspaniała paleta barw i nasycenie kolorów sprawiają, że od tej produkcji ciężko się oderwać. Dzięki połączeniu tych obydwu elementów otrzymałem coś w rodzaju sztuki z aktorami, w której tło zostało stworzone przez genialnego scenarzystę, mającego nieograniczony budżet. To właśnie w takich produkcjach jak Trine 2 widać, że wirtualny świat może dorównać najznakomitszym produkcjom kina.

W grze ponownie pojawia się trójka bohaterów, którzy uzupełniają się swoimi zdolnościami i tym samym mogą wykonać nawet najtrudniejsze misje. Do dyspozycji powrócił więc Mag, który jest główną postacią i to nią będziemy sterowali. Czarodziej posiada moce, takie jak unoszenie obiektów, przywoływanie przedmiotów i przede wszystkim potrafi rozwiązywać łamigłówki, a tych jest od zatrzęsienia w tej produkcji. Czasami nawet trzeba dłużej pomyśleć, aby przejść dalej. Mag ma jednak pewną słabość, a jest nią jego „kruchość”. Wystarczy kilka ciosów i ginie. Jednak cały czas ma przy sobie swoją gwardię honorową, w skład której wchodzi Złodziejka. Kobieta jest zwinna, doskonale posługuje się liną z hakiem i tym samym potrafi dostać się w miejsca niedostępne dla pozostałych członków załogi. Złodziejka ma jeszcze jedną umiejętność, a jest nią do mistrzostwa opanowana sztuka posługiwania się łukiem. Godzi więc śmiercionośnymi strzałami w nadchodzących przeciwników. Jednak również ma swoją „piętę Achillesa”, a jest nią również delikatność. Kiedy, przeciwnik jest blisko niej, to jest praktycznie bez szans i szybko ginie. Jednak jest ktoś, kto potrafi umiejętnie ochronić te dwie postacie, a jest nią Rycerz/Wojownik. Ten lubuje się we władaniu mieczem i młotem. Dzięki temu atakujący go wrogowie są wycinani w pień.

Na bajeczność Trine 2 składa się też jej charakter, gdyż jest to platformówka z krwi i kości. Dzisiaj już jest niewiele przedstawicieli tego gatunku. Dlatego wspomnę, że w tego typu produkcjach głównym celem jest dotarcie z punktu do punktu. Jednak, aby nie było nudno, po drodze napotykamy wiele baśniowych dziwactw. Raz przed nami staną osobliwe pnącza, czy złe krasnoludy, a potem pojawi się okazja do rozwiązania łamigłówki. Czasami trzeba zbudować rurociąg z wodą, innym razem skorzystać z teleportera. Jedno jest pewne każdą zagadkę można rozwiązać na kilka możliwych sposobów. Na koniec przyjdzie nam „dopakować” naszą postać niczym w produkcjach RPG (nie zabrakło też zbierania magicznych przedmiotów). Ta ostatnia kwestia jest dosyć ważna, gdyż bez niej z czasem nie będziemy mogli przejść dalej. Warto też rozwijać umiejętności, gdyż wtedy nasi druhowie szybciej potrafią rozprawić się z oponentami, np. wybuchająca strzała robi większe spustoszenie niż zwyczajna.

[strona_podzial]

Wszystkie te zdolności będzie można wykorzystać podczas prawie 10-godzinnej zabawy. Tak, mimo że Trine 2 oferuje mniej poziomów niż pierwowzór, to jednak rozrywka została wydłużona. Pokonanie bowiem jednego rozdziału zajmuje ponad godzinę i cieszy to, że podczas przechodzenia możemy zapisać grę w każdym momencie. Przypomnę, że w jedynce musieliśmy przejść cały poziom, aby móc to uczynić. Czas zabawy wydłużają również opisane wcześniej łamigłówki, które z banalnych robią się coraz zmyślniejsze.

Na uwagę graczy na pewno zasługuje również opcja zabawy online. Przypominają mi się dobre czasy papierowych gier RPG, kiedy to każdy wybierał jedną postać i do końca zabawy w nią się wcielał. Nie inaczej jest w Trine 2, gdzie na początku osoby wybierają postać i podczas zabawy nie mogą jej zmienić. Na dodatek tryb online jest trudniejszy, a to dlatego, że cały czas musimy być czujni. W singlu do danej planszy od razu przypisywana jest postać, a w zabawie przez sieć wspólnymi siłami trzeba rozwikłać, kto może zająć się daną przeszkodą i nierzadko okazuje się, że potrzeba więcej niż jednej pary rąk… Tym samym komunikacja w tej produkcji jest bardzo ważna i doskonale zespala grupę. Po takich 9 godzinach zabawy wszyscy będą mistrzami.

Oprawa wizualna to majstersztyk, świetne tła, kolory, stała ilość klatek na sekundę i urzekająca paleta barw. Ten cały świat jest na dodatek okraszony świetną muzyką stworzoną przez Arii Pulkkinen – znany chociażby z soundtracka do gry Angry Birds. Magiczny, bajowy świat jest więc tak zachwycający, że nie zwraca się uwagi na to, że czasami oponenci potrafią się zaklinować w elemencie tła.

W piosence „Pożegnanie z Bajką” padają słowa: „Kiedy pożegnasz już Bajkę, Bajkę z dziecięcych lat , Zamkniesz za sobą furtkę, Zaczarowany świat”(3). Gra Trine i Trine 2 ponownie otworzyły te niezwykłe wrota, furtkę do zaczarowanego ogrodu, w którym chce się być, żyć i trwać. Tym samym  bajka nie jest już tylko wspomnieniem, powróciła i ponownie rozpaliła ogień w sercach.

Materiał jest własnością portalu StacjaKultura.pl, a ten blog jest jego częścią. AMSO Komputery poleasignowe utrzymuje nasze witryny. Dziękujemy.

Ocena: 8,5/10

Plusy:
+ Grafika
+ Muzyka
+ Pomysł
+ Długość
+ Zabawa on-line

Minusy:
– Fabuła
– Drobne błędy techniczne

(1)(2)(3) – tekst piosenki Zdzisławy Sośnickiej – Pożegnanie z bajką

Tomb Raider recenzja gry

Nie wiem od czego zacząć… Chciałbym opowiedzieć wszystko, a nie mogę. Uch, serce jeszcze mi bije mocno po tych 11 godzinach z Larą. Ten czas był wypełniony trzema elementami – strzelaniem, wspinaczką i myśleniem. Do tego doszła jeszcze niesamowicie wciągająca fabuła, o której… powinniście wiedzieć jak najmniej. Tak, jak przewidywaliśmy i kilka razy pisaliśmy, Lara wraz z kilkoma członkami załogi ratuje się z rozbitego statku. Co ciekawe, do katastrofy nie doszło przypadkiem, gdyż maczały w tym wszystkim palce siły nadprzyrodzone. Tak, nowy Tomb Raider to połączenie wielkiej przygody, odkrywania skarbów niczym Indiana Jones, wątku dawnej religii oraz samurajów. Trzeba przyznać, że wyszło wspaniale, ale o tym przekonacie się już sami.

 

Fabuła  fabułą, ale zawsze powinien odkryć ją gracz, a nie recenzent. Jednak to, co świadczy o wybitności danego produktu, to nie tylko dobrze napisany scenariusz. To również gra wielu aktorów, a w grach nie liczą się tylko oni, a wiele innych aspektów. Przede wszystkim widać, że Lara Croft wróciła w wielkim stylu. Restart ukazuje ją na samym początku jako płochą dziewczynę z miasta, która stara się przeżyć. Jej inteligencja sprawia, że dostosowuje się do tego, co zaserwowało jej życie. Lara uczy się strzelać z łuku i broni, zaczyna też sprawnie używać ognia do podpalania strzał oraz, wraz z rozwojem wydarzeń, modyfikuje swoje narzędzia do zabijania. Wszystko po to, aby móc przetrwać w niebezpiecznej puszczy wypełnionej wilkami, i nie chodzi tutaj tylko o zwierzęta, gdyż w tej głuszy nawet człowiek człowiekowi jest wilkiem. Lara stara się więc jak najszybciej uratować ocalałych i wydostać się z przeklętej wyspy. Niestety, w praktyce okaże się, że będzie musiała sporo przejść, aby w końcu wyruszyć do domu.

 

Wspólnie z Larą przejdziemy przez liczne potoki górskie, odwiedzimy jaskinie, opuszczone domy, świątynie, mauzolea i wiele innych wspaniałych miejsc. Trzeba przyznać, że zostały one wykonane perfekcyjnie! Stojąc na zboczu góry i widząc wschodzące słońce nie raz myślałem, że to film, a nie gra. Przepiękne widoki to jednak nie wszystko. Dochodzą do tego również mroczne zakamarki wyspy, jak rzeka pełna krwi i zwłok – tego typu obrazki są bardzo częste, a do tego dochodzą świątynie, w których jak się okazuje nie mieszkają przyjaźni mnisi, a rządni krwi… Doskonale więc producent pokazał, że w pięknym lesie jest wiele zła i okrucieństwa.

 

Trzeba jeszcze dodać, że każda z lokacji „żyje” i nie ma mowy o nudzie. Raz przyjdzie nam walczyć z wilkami lub ustrzelić jelonka na obiad, a innym razem będziemy skakali z liny na linę, wspinali się po górach czy przeskakiwali z platformy na platformę. Do tego jeszcze dochodzą potyczki z wrogami i tak otrzymujemy potężną dawkę akcji. Warto również napomnieć o dużej dawce integracji z otoczeniem. Lara praktycznie cały czas coś dotyka, rozbija, pali, znajduje. Tak, ta gra to niesamowite pole do popisu dla ludzi, którzy lubią szukać części dziennika, starych przedmiotów (można poznawać ich historię) i poszukiwaczy skarbów. Do tego dochodzą elementy, które można niszczyć lub palić. To one pomagają w unicestwianiu wrogów. Przykładowo strzała wystrzelona w beczkę sprawia, że ona wybucha i niszczy przy tym całe zabudowanie. Deski latają, zwłoki również: widać, że ktoś potrafi dbać o takie szczegóły i dobrze to świadczy o twórcach. Miło również, że czasami, aby dostać się dalej, trzeba pogłówkować. Przykładowo, za pomocą wielkiego dzwonu należy rozbić drzwi, potem podnieść go trochę wyżej, wskoczyć i dopiero można iść dalej. Przyznam się, że przy jednej z łamigłówek spędziłem całe 5 minut, a to sporo jak na grę akcji. Ten element zabawy opiera się głównie na żywiołach i grawitacji, a to sprawia, że jest bardzo ciekawy.

 

Jednak te wszystkie efektowne eksplozje, zabijanie i dobijanie są możliwe tylko dzięki broni. Lara z biegiem wydarzeń gromadzi niezły arsenał, który w końcowym rozrachunku składa się z łuku (strzały normalne i ogniowe), karabinu (pociski i granaty), shotguna i czekana. Ten ostatni okaże się bardzo wielofunkcyjnym urządzeniem, gdyż otwiera zabarykadowane drzwi, umożliwia spuszczanie się po linie, no i dobija efektownie przeciwników! Tak, tak Lara z biegiem wydarzeń potrafi zabić otumanionego przeciwnika jednym ciosem – drągal w głowę i sayonara! Można też załatwić sprawę po cichu- wystarczy zakraść się za jego plecy, użyć czekana lub łuku. Stres i emocje gwarantowane, ale tych najwięcej dostarczają chwile, w których trzeba unikać ciosu, zadawać ogłuszające uderzenia i dobijać przeciwnika.

 

Jak możecie wyczytać, to wszystko na razie ma sens. Lara z biegiem wydarzeń zaczyna lepiej reagować, staje się czujniejsza i radzi sobie coraz lepiej w trudnych sytuacjach. Do tego każde jej potknięcie okraszone jest śmiercią, którą widzimy na własne oczy. Miło również, że praktycznie w każdej scenie akcji, my bierzemy w tym udział. Przykładowo, spadając w dół w rwącym potoku musimy sterować Larą tak, aby nie trafić w wystające belki, które mogłyby przebić jej szyję. To tylko próbka tego, co zobaczycie w grze!

 

Szkoda, że ten piękny krajobraz niszczą błędy typu przeciwnicy (wilki bądź ludzie) pojawiający się zawsze w tym samym miejscu, albo to, że tylko Lara ma umorusane, mokre i brzydkie ubranie, a pozostali członkowie załogi wyglądają, jakby dopiero wyszli z nowymi ciuchami prosto ze sklepu. Mam również „ale” do twórców, gdyż szkoda, że nie oddali w nasze dłoni możliwości opatrywania sobie ran czy leczenia. Na pewno wzbogaciłoby to rozrywkę. Brakuje mi też możliwości ustalania, kiedy chcę wykorzystać daną osłonę, a kiedy nie. Lara robi to za nas, co czasami potrafi doprowadzić do jej śmierci. Czasami też kuleje AI przeciwników, którzy mimo, że nas widzą to strzelają w inną stronę. Trochę też dziwnym i niezbyt dla mnie zrozumiałym motywem jest totalne poświęcenie się Lary dla dziewczyny imieniem Sam. Protagonistka zrobi wszystko, aby ją uratować. Nie wnikam, co te panie robiły razem na studiach, ale na pewno coś musiało je tam silnie złączyć…

 

Graficznie tytuł, jak już pewnie się domyślacie, jest genialny. Piękne widoki, dużo akcji i do tego gra nigdy się nie przycina (oczywiście wgrałem ją na dysk). Czasami tylko widać, że tła się doczytują, ale to naprawdę rzadkość. Większość scenerii i otoczenia wybucha, pali się, rozlatuje bez żadnych zgrzytów – to robi wrażenie.

 

Dźwiękowo również jest niczego sobie. Lara podczas wspinaczki dyszy i wydaje odgłosy sugerujące, że jest jej ciężko (wszyscy wiemy, że ściemnia). Głos został dobrze dobrany do postaci. Do tego dochodzą świetne dźwięki otoczenia, jak rozpinanie rozporka (!), naciąganie łuku, przeładowywanie broni, szum liści, palące się deski i wiele innych niuansów, które przy dobrych głośnikach naprawdę oddają to, co dzieje się wokół nas.

 

Na koniec dodam jeszcze, że po przejściu gry możemy do niej wrócić i eksplorować poszczególne lokacje raz jeszcze w celu odnalezienia wszystkich znajdek – taki miły dodatek.

 

Totalnie wkręciłem się w nowego Tomb Raidera. Chciałem poznać zakończenie, chciałem biec dalej, skakać, łapać się lin i ogólnie poznać niesamowitą historię wyspy, na której wylądowałem. To była wielka i emocjonująca przygoda… Oj, oby więcej takich!

 

 

Ocena: 9/10

Plusy:

+długość zabawy
+piękna grafika

+świetna fabuła

+bardziej naturalna Lara!
+dużo artefaktów do odkrywania
+dźwięk

Minusy:

-czasami doczytujące się tła

-dziwna więź pomiędzy kobietami…
-okolicznościowe błędy

Materiał pochodzi z portalu StacjaKultura.pl, a ten blog jest jego własnością. Witryna utrzymana dzięki AMSO Laptopy poleasingowe warszawa

Transcend SSD 720 test dysku ssd

Dyski SSD mimo że tanieją to jednak ich cena nadal jest wysoka. Skro więc można zaoszczędzić parę cennych złotych i mieć porównywalne parametry to po co przepłacać. Tak w skrócie można opisać dysk Transcend SSD 720 – o czym zaraz się przekonacie.

Nim jednak pochwalę się wynikami, jakimi może poszczycić się ten dysk przypomnę czym jest technologia SSD. Jeśli więc drogi czytelniku wiesz co to takiego i „z czym to się je” to omiń poniższe trzy akapity i przejdź do konkretów. Tymczasem nazwa solid state podkreśla, że ich konstrukcja oparta jest na elementach elektronicznych – w odróżnieniu od dysków HDD, które funkcjonują w oparciu o ruchome części elektromechaniczne. Nie ujrzymy więc tutaj talerzy, które robią obroty (normalne dyski), a to oznacza, że pamięć jest znanie szybsza od klasycznego złomu.  Główne plusy dysków opisywanych tutaj to: Wydajność, wytrzymałość i oszczędność energii. Lista zalet SSD tutaj się jednak nie kończy. Szybkości odczytu/zapisu są zdecydowanie szybsze od tych osiąganych przez dyski HDD. Dodatkowo dyski SSD charakteryzują się zdecydowanie krótszym czasem dostępu do danych (nawet o kilkadziesiąt razy) oraz cichą pracą. Pamięci SSD nie rozgrzewają się tak bardzo jak HDD. To z kolei przekłada się – oprócz wytrzymałości urządzenia – na zmniejszenie poboru energii. Ten jest zdecydowanie niższy niż w przypadku HDD. Bateria w laptopie wyposażonym w SSD działa o 20-30 min dłużej, niż w takim z wmontowanym dyskiem mechanicznym.

Jak to wszystko zrozumieć? W wielkim uproszczeniu nawet jeśli masz komputer z 16 GB RAM, Kilkurdzeniowym procesorem i niesamowitą kartą graficzną, to wiedz jedno, że jeśli nie masz dysku SSD to Twoim najsłabszym ogniwem jest właśnie dysk. Wolny dostęp do danych sprawia, że nic więcej na nim nie osiągniesz. Mając normalny HDD z 7200 obrotów Twój komputer i tak będzie wolny. Dlatego właśnie warto inwestować w dyski SSD opisane poniżej.

Minusy? Oczywiście są takie. Po pierwsze cena. SSD to nadal wydatek rzędu kilku stów za pojemność do 100-120 GB.  Dla porównania nowe 500 GB HDD to wydatek około 250 zł. Po drugie podobno po 6-7 latach dysk SSD zaczyna tracić dane. Niby minus, ale trzeba zaznaczyć, że normalne HDD również ma takie problemy. Dodatkowo trzeba pomyśleć czy za 6-7 lat przy takim rozwoju technologii będziemy jeszcze korzystali z tego samego komputera i dyska – raczej wątpię.

Dyski SSD 720 trafiły na rynek w czterech różnych pojemnościach – 64, 128, 256 i 512 GB. Nam udało otrzymać do testów wersje przed ostatnią, której pojemność właściwa to 238 GB. Cały moduł został obłożony metalową obudową nadając bryle grubość w okolicach 7 mm. Tym samym dysk 2,5 calowy prócz trafienia do komputerów stacjonarnych i laptopów może zostać wykorzystany również w ultrabookach . Nośnik oczywiście został wyposażony w interfejs SATA 3 pozwalający na przesył danych 6 GB/s, a według deklaracji producenta przy wykorzystaniu tego złącza odczyt wynosi 550 MB/s, a zapis to 500 MB/s. Prócz tego dodano również obsługę poleceń TRIM i procesów   Garbage Collection, co wpływa na mniejszą degradacje szybkiego zapisu.

Tyle na temat tego, co znajdziemy w napisach na pudełkach. Teraz czas na rozliczenia. Do testów został wykorzystany najpopularniejszy program do sprawdzania dysków, a mianowicie ATTO.

Wyniki prezentują się następująco:

0,5 KB to zapis na poziomie 18167 odczyt 21376 (więcej lepiej)
64 KB to zapis na poziomie: 513775 odczyt: 455658 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie: 534495 odczyt: 559240 (więcej lepiej)

Dla porównania pod ten sam kontroler został podpięty dysk Kingston Hyper X 3K SSD, a o to jego wyniki:

0,5 KB to zapis na poziomie 16302 odczyt 15066 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 469762 odczyt 419037 (więcej lepiej)
8192KB to zapis na poziomie 490293 odczyt 552841(więcej lepiej)

Tak więc, jak widać SSD  Transcend mimo tego, że jest tańszy od flagowej marki Kingstona to osiąga trochę lepsze rezultaty pod kontrolerem SATA 3.

Oczywiście pamiętam również o osobach, które nie posiadają na płycie kontrolera SATA 3 i korzystają z jego starszej wersji – SATA 2. Dla nich przeprowadziłem oddzielne testy, z których wynika, że:

0,5 KB to zapis na poziomie 21906 odczyt 28983 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 266862 odczyt 265534 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie 269513 odczyt 283159 (więcej lepiej)

Dla porównania jeszcze Kingston:

0,5 KB to zapis na poziomie 2188 odczyt 22234 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 268435 odczyt 266107 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie 271145 odczyt 284359 (więcej lepiej)

Widać, że Kingston ponownie wygrywa pod względem działania na kontrolerach SATA 2. Przypomnę, że wcześniej ten sam dysk pokonał w rywalizacji SSD520 od Intela. Mimo wszystko warto dodać, że Transcend SSD 720 cenowo prześciga obydwa produkty, a parametrami jest bardzo zbliżony do nich. Tak więc jeśli sugerujecie się w życiu dewizą – „skoro nie widać różnicy, po co przepłacać ?” To opisywany dzisiaj dysk jest właśnie Wam dedykowany.

 Sponsorem witryny jest AMSO laptopy poleasingowe warszawa.

Ocena: 9/10

Plusy:

+ Tańszy od konkurencji

+ Porównywalne parametry

+ Zabezpieczenia przy szybkim zapisie

Minusy:

– Mimo wszystko cena

Airline Tycoon 2 recenzja

13 lat temu chodziłem jeszcze do podstawówki i „zagrywałem” się w grę Airline Tycoon. Tym bardziej sprawiło mi radość, że producent pracuje nad jej kontynuacją. Czekałem, czekałem i gra wylądowała na moim biurku. Budowanie imperium lotniczego czas zacząć!

 Tak więc, jak już się pewnie domyślacie, wcielamy się w jednego z właścicieli linii lotniczych. Jak przystało na szefa, to my kupujemy samoloty, zatrudniamy personel, wybieramy najlepsze trasy przelotowe, rozbudowujemy maszyny, dbamy o dobry wizerunek, podwyższamy lub obcinamy zarobki i wiele, wiele innych rzeczy, które w rzeczywistości są najczęściej wykonywane przez szereg osób. Tutaj my się tym zajmujemy, a działamy tylko i wyłącznie na lotnisku.

 Jednak, aby nie było tak łatwo, na lotnisku są jeszcze trzy konkurencyjne firmy świadczące usługi podobne do naszych. Miło, że w AT 2 pokuszono się o ich większe zróżnicowanie. Teraz każdy z konkurentów ma swoje motywacje do działania, a zarazem swój charakter. Dobrze wypada też pomysł z koneksjami poszczególnych postaci. Przykładowo, Igor Tuppolevsky to biznesmen z Rosji, który ma wielu przyjaciół, a to może mu zapewnić niższe oprocentowanie podczas brania kredytów. Natalie Childman, była modelka, ma koneksje wśród gwiazd, a to sprawia, że kampania reklamowa w jej wykonaniu jest tańsza. Mbangwe Mogambo, były wojak, ma zniżki wśród dostawców paliw, a Tina Cortez, kuchmistrzyni, może serwować najlepsze posiłki na pokładzie swoich samolotów. Dobrze, że pokuszono się o taką różnorodność, a to, w którą postać się wcielicie, zależy tylko od Was.

 Nim jednak sięgnięcie po ten tytuł, czytajcie dalej. W tytule w nasze ręce oddano tryb kampanii – samouczek + misje oraz tryb dowolny. W tym drugim mamy budżet, dostęp do wszystkich opcji i … sprytną głowę. To właśnie w tym trybie można rozwijać swoją linię tak długo, jak tylko chcemy – aż osiągniemy zadowalający nas poziom. Kampanię producent podzielił zaś na 6 misji. Mało! Taka jest prawda i widać, że Kalypso Media (producent) nie wziął nauczki z wydania gry Airline Tycoon i Airline Tycoon Evolution – a szkoda. Na minus też zaliczam to, że w dwie pierwsze misje są takie same jak w poprzedniczkach – przewieź określoną liczbę pasażerów, zarób konkretną  sumę.

 Dobra, ale to jestem jeszcze w stanie przełknąć, ale błędy logicznych i technicznych już nie. Niestety tego pierwszego, jak i drugiego, jest bardzo dużo. Przykładowo, w jednej z misji musimy dbać o wizerunek. My nie możemy korzystać z agencji reklamowej, a konkurencja tak. Czemu? Nie wiadomo. Nie rozumiem też niektórych tekstów dyrektora lotniska, który potrafi powiedzieć coś zupełnie niezwiązanego z tematem rozmowy. Takich błędów jest dużo, a najgorsze jest to, że dochodzą do nich uchybienia techniczne Gra potrafi się zaciąć albo czasami nie zaliczy  przetransportowanych pasażerów itp. Jednak najgorsze jest to, że tytuł ma obrzydliwie wysokie wymagania. Testowałem produkcję na czterech maszynach i tylko na procesorze z i3, 4 GB DDR3 gra zaczynała chodzić płynnie. W poprzednich systemach mogłem zapomnieć o komforcie grania, a nie uważam, aby procesor C2D 3,0 z 6 MB Cache, 4 GB RAM DDR2 i dyskiem SSD był mega wolnym urządzeniem, niepozwalającym na poprawne odpalenie gry, która nie powala graficznie, jak nowy Mass Effect 3 czy inny tytuł z najwyższej półki. Niestety, na wspomnianym komputerze postacie chodziły skokowo, a wczytywanie poszczególnych lokacji trwało około 10-15 sekund. Tutaj dochodzę do setna moich narzekań, a mianowicie tego, że wejście do każdej lokacji wiąże się z pojawieniem ekranu wczytywania. Co to ma być? To już w latach 90. nie było czegoś takiego. I jeszcze nie narzekałbym, gdyby nie trzeba było czekać, ale to po prostu trwa zbyt długo! Przez to ucieka cała frajda i przyjemność z obcowania z tytułem. Ta frajda, którą znalazłem w uproszczonym i bardziej ubogim pierwowzorze.

 Ba, aby jeszcze było gorzej, twórcy postanowili wyrzucić, ich zdaniem, niepotrzebne rozwiązania. Wyobrażacie sobie szefa lotniska bez laptopa? No, ale producent sobie to wyobraził i nie mamy przenośnego komputera, który był bardzo pomocny podczas organizowania lotów. Nie trzeba było się wtedy cofać do biura i układać grafik. W AT 2 zrezygnowano z tego udogodnienia – nie, nie tabletu też nie ma. Tak samo zabrakło telefonu komórkowego. Nie zadzwonimy więc do oddziałów w celu zobaczenia oferty połączeń.   Nie ma możliwości wykupienia konkurencji – jedyna metoda eliminacji, to doprowadzenie ich do bankructwa. Zrezygnowano z przewozów cargo, wywalono dwa biura podróży na rzecz jednego, usunięto warsztat samolotów, nie ma też Araba sprzedającego lewe paliwo i przede wszystkim brakuje humoru! Fani pewnie dobrze pamiętają, że w pierwowzorze można było dać butelkę Whisky pracownikowi, aby ten lepiej nas obsługiwał i wziąć od niego puszkę oleju. Stanik znaleziony u sprzedawcy nowych samolotów dawało się sprzedawczyni, a ta dawała podkowę i tak dalej, i tak dalej. Takie zbieractwo było ciekawe i można było je wykonywać w wolnej chwili. Tutaj niby jest, ale nie tak śmieszne, nie tak ciekawe. Dajemy czapkę pilota barmanowi, a ten odkrywa sekrety konkurencji. Zabawne? Raczej średnio.

 Brakuje też zabawnych wtrąceń, które w pierwowzorze do dnia dzisiejszego mnie rozśmieszają. Gdzie Pan Stańczyk? Ten stary tetryk rozwalał mnie swoim głosem! Nie ma, zabrakło. I niby dział kadr nadal składa się z dwóch wiekowych pracowników, to jednak nie są oni już tak śmieszni. Na plus mogę zaliczyć dyrektora lotnika, który fakt, czasami nie wie, co mówi, ale ubrany jest jak Ojciec Chrzestny i czasami walnie jakąś śmieszną gadkę. Komicznie też wypada Terminator w roli osoby sabotującej działania u konkurencji, czy też konstruktor samolotów nad wyraz podobny do Alberta Einsteina. To takie smaczki, ale jest ich zbyt mało, aby zniwelować cięcia i błędy.

 Airline Tycoon 2 wylał na mnie kubeł zimnej wody. Sprawił, że moje wspomnienia z dzieciństwa nie zostały zatarte, a wręcz przeciwnie, odżyły tak ostro, że postanowiłem odpalić pierwowzór. Dwójkę stawiam na półkę –  niech się kurzy. Słaba optymalizacja silnika, liczne cięcia i średniej jakości grafika sprawiły, że nie mam zamiaru się męczyć i grać w ten tytuł dłużej niż potrzeba. Jeśli więc jest to Wasze pierwsze spotkanie z serią, to omińcie je szerokim łukiem. Polecam Wam jednak Airline Tycoon, które jest o niebo lepsze. Jak zagracie, to zrozumiecie.

Ocena: 6,5

 Plusy:

+ Zróżnicowane postacie

+ Czasami humor

+ Pomysł

Minusy:

– Usunięcie wielu ciekawych rozwiązań

– Słaba optymizacja kodu

– Ciągłe wczytywanie się lokacji

– Średnia grafika

Materiał pochodzi z portalu StacjaKultura.pl i jest jego własnością. Blog powstał na pamiątkę tego portalu dzięki firmie AMSO Komputery poleasingowe.