Tomb Raider recenzja gry

Nie wiem od czego zacząć… Chciałbym opowiedzieć wszystko, a nie mogę. Uch, serce jeszcze mi bije mocno po tych 11 godzinach z Larą. Ten czas był wypełniony trzema elementami – strzelaniem, wspinaczką i myśleniem. Do tego doszła jeszcze niesamowicie wciągająca fabuła, o której… powinniście wiedzieć jak najmniej. Tak, jak przewidywaliśmy i kilka razy pisaliśmy, Lara wraz z kilkoma członkami załogi ratuje się z rozbitego statku. Co ciekawe, do katastrofy nie doszło przypadkiem, gdyż maczały w tym wszystkim palce siły nadprzyrodzone. Tak, nowy Tomb Raider to połączenie wielkiej przygody, odkrywania skarbów niczym Indiana Jones, wątku dawnej religii oraz samurajów. Trzeba przyznać, że wyszło wspaniale, ale o tym przekonacie się już sami.

 

Fabuła  fabułą, ale zawsze powinien odkryć ją gracz, a nie recenzent. Jednak to, co świadczy o wybitności danego produktu, to nie tylko dobrze napisany scenariusz. To również gra wielu aktorów, a w grach nie liczą się tylko oni, a wiele innych aspektów. Przede wszystkim widać, że Lara Croft wróciła w wielkim stylu. Restart ukazuje ją na samym początku jako płochą dziewczynę z miasta, która stara się przeżyć. Jej inteligencja sprawia, że dostosowuje się do tego, co zaserwowało jej życie. Lara uczy się strzelać z łuku i broni, zaczyna też sprawnie używać ognia do podpalania strzał oraz, wraz z rozwojem wydarzeń, modyfikuje swoje narzędzia do zabijania. Wszystko po to, aby móc przetrwać w niebezpiecznej puszczy wypełnionej wilkami, i nie chodzi tutaj tylko o zwierzęta, gdyż w tej głuszy nawet człowiek człowiekowi jest wilkiem. Lara stara się więc jak najszybciej uratować ocalałych i wydostać się z przeklętej wyspy. Niestety, w praktyce okaże się, że będzie musiała sporo przejść, aby w końcu wyruszyć do domu.

 

Wspólnie z Larą przejdziemy przez liczne potoki górskie, odwiedzimy jaskinie, opuszczone domy, świątynie, mauzolea i wiele innych wspaniałych miejsc. Trzeba przyznać, że zostały one wykonane perfekcyjnie! Stojąc na zboczu góry i widząc wschodzące słońce nie raz myślałem, że to film, a nie gra. Przepiękne widoki to jednak nie wszystko. Dochodzą do tego również mroczne zakamarki wyspy, jak rzeka pełna krwi i zwłok – tego typu obrazki są bardzo częste, a do tego dochodzą świątynie, w których jak się okazuje nie mieszkają przyjaźni mnisi, a rządni krwi… Doskonale więc producent pokazał, że w pięknym lesie jest wiele zła i okrucieństwa.

 

Trzeba jeszcze dodać, że każda z lokacji „żyje” i nie ma mowy o nudzie. Raz przyjdzie nam walczyć z wilkami lub ustrzelić jelonka na obiad, a innym razem będziemy skakali z liny na linę, wspinali się po górach czy przeskakiwali z platformy na platformę. Do tego jeszcze dochodzą potyczki z wrogami i tak otrzymujemy potężną dawkę akcji. Warto również napomnieć o dużej dawce integracji z otoczeniem. Lara praktycznie cały czas coś dotyka, rozbija, pali, znajduje. Tak, ta gra to niesamowite pole do popisu dla ludzi, którzy lubią szukać części dziennika, starych przedmiotów (można poznawać ich historię) i poszukiwaczy skarbów. Do tego dochodzą elementy, które można niszczyć lub palić. To one pomagają w unicestwianiu wrogów. Przykładowo strzała wystrzelona w beczkę sprawia, że ona wybucha i niszczy przy tym całe zabudowanie. Deski latają, zwłoki również: widać, że ktoś potrafi dbać o takie szczegóły i dobrze to świadczy o twórcach. Miło również, że czasami, aby dostać się dalej, trzeba pogłówkować. Przykładowo, za pomocą wielkiego dzwonu należy rozbić drzwi, potem podnieść go trochę wyżej, wskoczyć i dopiero można iść dalej. Przyznam się, że przy jednej z łamigłówek spędziłem całe 5 minut, a to sporo jak na grę akcji. Ten element zabawy opiera się głównie na żywiołach i grawitacji, a to sprawia, że jest bardzo ciekawy.

 

Jednak te wszystkie efektowne eksplozje, zabijanie i dobijanie są możliwe tylko dzięki broni. Lara z biegiem wydarzeń gromadzi niezły arsenał, który w końcowym rozrachunku składa się z łuku (strzały normalne i ogniowe), karabinu (pociski i granaty), shotguna i czekana. Ten ostatni okaże się bardzo wielofunkcyjnym urządzeniem, gdyż otwiera zabarykadowane drzwi, umożliwia spuszczanie się po linie, no i dobija efektownie przeciwników! Tak, tak Lara z biegiem wydarzeń potrafi zabić otumanionego przeciwnika jednym ciosem – drągal w głowę i sayonara! Można też załatwić sprawę po cichu- wystarczy zakraść się za jego plecy, użyć czekana lub łuku. Stres i emocje gwarantowane, ale tych najwięcej dostarczają chwile, w których trzeba unikać ciosu, zadawać ogłuszające uderzenia i dobijać przeciwnika.

 

Jak możecie wyczytać, to wszystko na razie ma sens. Lara z biegiem wydarzeń zaczyna lepiej reagować, staje się czujniejsza i radzi sobie coraz lepiej w trudnych sytuacjach. Do tego każde jej potknięcie okraszone jest śmiercią, którą widzimy na własne oczy. Miło również, że praktycznie w każdej scenie akcji, my bierzemy w tym udział. Przykładowo, spadając w dół w rwącym potoku musimy sterować Larą tak, aby nie trafić w wystające belki, które mogłyby przebić jej szyję. To tylko próbka tego, co zobaczycie w grze!

 

Szkoda, że ten piękny krajobraz niszczą błędy typu przeciwnicy (wilki bądź ludzie) pojawiający się zawsze w tym samym miejscu, albo to, że tylko Lara ma umorusane, mokre i brzydkie ubranie, a pozostali członkowie załogi wyglądają, jakby dopiero wyszli z nowymi ciuchami prosto ze sklepu. Mam również „ale” do twórców, gdyż szkoda, że nie oddali w nasze dłoni możliwości opatrywania sobie ran czy leczenia. Na pewno wzbogaciłoby to rozrywkę. Brakuje mi też możliwości ustalania, kiedy chcę wykorzystać daną osłonę, a kiedy nie. Lara robi to za nas, co czasami potrafi doprowadzić do jej śmierci. Czasami też kuleje AI przeciwników, którzy mimo, że nas widzą to strzelają w inną stronę. Trochę też dziwnym i niezbyt dla mnie zrozumiałym motywem jest totalne poświęcenie się Lary dla dziewczyny imieniem Sam. Protagonistka zrobi wszystko, aby ją uratować. Nie wnikam, co te panie robiły razem na studiach, ale na pewno coś musiało je tam silnie złączyć…

 

Graficznie tytuł, jak już pewnie się domyślacie, jest genialny. Piękne widoki, dużo akcji i do tego gra nigdy się nie przycina (oczywiście wgrałem ją na dysk). Czasami tylko widać, że tła się doczytują, ale to naprawdę rzadkość. Większość scenerii i otoczenia wybucha, pali się, rozlatuje bez żadnych zgrzytów – to robi wrażenie.

 

Dźwiękowo również jest niczego sobie. Lara podczas wspinaczki dyszy i wydaje odgłosy sugerujące, że jest jej ciężko (wszyscy wiemy, że ściemnia). Głos został dobrze dobrany do postaci. Do tego dochodzą świetne dźwięki otoczenia, jak rozpinanie rozporka (!), naciąganie łuku, przeładowywanie broni, szum liści, palące się deski i wiele innych niuansów, które przy dobrych głośnikach naprawdę oddają to, co dzieje się wokół nas.

 

Na koniec dodam jeszcze, że po przejściu gry możemy do niej wrócić i eksplorować poszczególne lokacje raz jeszcze w celu odnalezienia wszystkich znajdek – taki miły dodatek.

 

Totalnie wkręciłem się w nowego Tomb Raidera. Chciałem poznać zakończenie, chciałem biec dalej, skakać, łapać się lin i ogólnie poznać niesamowitą historię wyspy, na której wylądowałem. To była wielka i emocjonująca przygoda… Oj, oby więcej takich!

 

 

Ocena: 9/10

Plusy:

+długość zabawy
+piękna grafika

+świetna fabuła

+bardziej naturalna Lara!
+dużo artefaktów do odkrywania
+dźwięk

Minusy:

-czasami doczytujące się tła

-dziwna więź pomiędzy kobietami…
-okolicznościowe błędy

Materiał pochodzi z portalu StacjaKultura.pl, a ten blog jest jego własnością. Witryna utrzymana dzięki AMSO Laptopy poleasingowe warszawa

Transcend SSD 720 test dysku ssd

Dyski SSD mimo że tanieją to jednak ich cena nadal jest wysoka. Skro więc można zaoszczędzić parę cennych złotych i mieć porównywalne parametry to po co przepłacać. Tak w skrócie można opisać dysk Transcend SSD 720 – o czym zaraz się przekonacie.

Nim jednak pochwalę się wynikami, jakimi może poszczycić się ten dysk przypomnę czym jest technologia SSD. Jeśli więc drogi czytelniku wiesz co to takiego i „z czym to się je” to omiń poniższe trzy akapity i przejdź do konkretów. Tymczasem nazwa solid state podkreśla, że ich konstrukcja oparta jest na elementach elektronicznych – w odróżnieniu od dysków HDD, które funkcjonują w oparciu o ruchome części elektromechaniczne. Nie ujrzymy więc tutaj talerzy, które robią obroty (normalne dyski), a to oznacza, że pamięć jest znanie szybsza od klasycznego złomu.  Główne plusy dysków opisywanych tutaj to: Wydajność, wytrzymałość i oszczędność energii. Lista zalet SSD tutaj się jednak nie kończy. Szybkości odczytu/zapisu są zdecydowanie szybsze od tych osiąganych przez dyski HDD. Dodatkowo dyski SSD charakteryzują się zdecydowanie krótszym czasem dostępu do danych (nawet o kilkadziesiąt razy) oraz cichą pracą. Pamięci SSD nie rozgrzewają się tak bardzo jak HDD. To z kolei przekłada się – oprócz wytrzymałości urządzenia – na zmniejszenie poboru energii. Ten jest zdecydowanie niższy niż w przypadku HDD. Bateria w laptopie wyposażonym w SSD działa o 20-30 min dłużej, niż w takim z wmontowanym dyskiem mechanicznym.

Jak to wszystko zrozumieć? W wielkim uproszczeniu nawet jeśli masz komputer z 16 GB RAM, Kilkurdzeniowym procesorem i niesamowitą kartą graficzną, to wiedz jedno, że jeśli nie masz dysku SSD to Twoim najsłabszym ogniwem jest właśnie dysk. Wolny dostęp do danych sprawia, że nic więcej na nim nie osiągniesz. Mając normalny HDD z 7200 obrotów Twój komputer i tak będzie wolny. Dlatego właśnie warto inwestować w dyski SSD opisane poniżej.

Minusy? Oczywiście są takie. Po pierwsze cena. SSD to nadal wydatek rzędu kilku stów za pojemność do 100-120 GB.  Dla porównania nowe 500 GB HDD to wydatek około 250 zł. Po drugie podobno po 6-7 latach dysk SSD zaczyna tracić dane. Niby minus, ale trzeba zaznaczyć, że normalne HDD również ma takie problemy. Dodatkowo trzeba pomyśleć czy za 6-7 lat przy takim rozwoju technologii będziemy jeszcze korzystali z tego samego komputera i dyska – raczej wątpię.

Dyski SSD 720 trafiły na rynek w czterech różnych pojemnościach – 64, 128, 256 i 512 GB. Nam udało otrzymać do testów wersje przed ostatnią, której pojemność właściwa to 238 GB. Cały moduł został obłożony metalową obudową nadając bryle grubość w okolicach 7 mm. Tym samym dysk 2,5 calowy prócz trafienia do komputerów stacjonarnych i laptopów może zostać wykorzystany również w ultrabookach . Nośnik oczywiście został wyposażony w interfejs SATA 3 pozwalający na przesył danych 6 GB/s, a według deklaracji producenta przy wykorzystaniu tego złącza odczyt wynosi 550 MB/s, a zapis to 500 MB/s. Prócz tego dodano również obsługę poleceń TRIM i procesów   Garbage Collection, co wpływa na mniejszą degradacje szybkiego zapisu.

Tyle na temat tego, co znajdziemy w napisach na pudełkach. Teraz czas na rozliczenia. Do testów został wykorzystany najpopularniejszy program do sprawdzania dysków, a mianowicie ATTO.

Wyniki prezentują się następująco:

0,5 KB to zapis na poziomie 18167 odczyt 21376 (więcej lepiej)
64 KB to zapis na poziomie: 513775 odczyt: 455658 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie: 534495 odczyt: 559240 (więcej lepiej)

Dla porównania pod ten sam kontroler został podpięty dysk Kingston Hyper X 3K SSD, a o to jego wyniki:

0,5 KB to zapis na poziomie 16302 odczyt 15066 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 469762 odczyt 419037 (więcej lepiej)
8192KB to zapis na poziomie 490293 odczyt 552841(więcej lepiej)

Tak więc, jak widać SSD  Transcend mimo tego, że jest tańszy od flagowej marki Kingstona to osiąga trochę lepsze rezultaty pod kontrolerem SATA 3.

Oczywiście pamiętam również o osobach, które nie posiadają na płycie kontrolera SATA 3 i korzystają z jego starszej wersji – SATA 2. Dla nich przeprowadziłem oddzielne testy, z których wynika, że:

0,5 KB to zapis na poziomie 21906 odczyt 28983 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 266862 odczyt 265534 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie 269513 odczyt 283159 (więcej lepiej)

Dla porównania jeszcze Kingston:

0,5 KB to zapis na poziomie 2188 odczyt 22234 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 268435 odczyt 266107 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie 271145 odczyt 284359 (więcej lepiej)

Widać, że Kingston ponownie wygrywa pod względem działania na kontrolerach SATA 2. Przypomnę, że wcześniej ten sam dysk pokonał w rywalizacji SSD520 od Intela. Mimo wszystko warto dodać, że Transcend SSD 720 cenowo prześciga obydwa produkty, a parametrami jest bardzo zbliżony do nich. Tak więc jeśli sugerujecie się w życiu dewizą – „skoro nie widać różnicy, po co przepłacać ?” To opisywany dzisiaj dysk jest właśnie Wam dedykowany.

 Sponsorem witryny jest AMSO laptopy poleasingowe warszawa.

Ocena: 9/10

Plusy:

+ Tańszy od konkurencji

+ Porównywalne parametry

+ Zabezpieczenia przy szybkim zapisie

Minusy:

– Mimo wszystko cena

ESET Smart Security 4 – test

Otrzymałem Nortona i powiem szczerze, że nie byłem z niego zadowolony, gdyż wolno się aktualizował i słabo sprawdzał pliki. Teraz jednak powrócił do mnie NOD, ale w nowej wersji nazwanej ESET Smart Security 4. Czas sprawdzić, na co stać ten program antywirusowy…

Określę jasno – ESET Smart Security 4, to na dobrą sprawę NOD 32 Antyvirus, Antispyware, Firewall i Antispam w jednym opakowaniu. Czyli za około 200 zł, otrzymujemy cztery programy w jednym. Skoro już jasno określiliśmy, co i jak, to zaczynamy test.

Po pierwsze, program kupimy w sklepie, albo przez Internet. ESET SS 4 można bowiem ściągnąć na dysk ze strony producenta, aby następnie wpisać licencję, która wcześniej zakupiliśmy. Ja otrzymałem wersje pudełkową, ale po wgraniu programu i tak musiałem zarejestrować się za pomocą witryny WWW. Gdy system się wgrał, dostałem na e-mail login i hasło. Wpisałem je i program zaczął działać. Pierwsze, co zrobił to sprawdził, jakich jeszcze aktualizacji systemowych nie zainstalowałem. Poinformował mnie o tym, a następnie zaktualizował się do najnowszej wersji.

Czytaj dalej ESET Smart Security 4 – test

Brother DCP-165C – test

 Urządzenie wielofunkcyjne Brother DCP-165C , którego miałem możliwość przetestowania, przeznaczone jest dla osób, które chcą posiadać kilka sprzętów w jednym.

Brother – DCP-165C jest urządzeniem wielofunkcyjnym umożliwiającym drukowanie, kopiowanie i skanowanie kolorowych dokumentów oraz zdjęć, zarówno z komputera, jak i aparatu cyfrowego za pomocą portu PictBrige. Urządzenie posiada również opcję odczytywania, zapisywania oraz bezpośredniego wydruku fotografii z karty pamięci oraz bezpośredniego skanowania do karty pamięci. W skrócie jest to ksero, drukarka i skaner w jednej obudowie, przypominającej sporych rozmiarów kwadrat.

Skoro już nawiązałe do wyglądu, to rozwinę tę myśl. Wymiary urządzenia są następujące: 390 x 150 x 365 mm. Czyli, sprzęt nie jest mały, ale także nie należy do największych. To dobrze, gdyż nie zajmuje dużo miejsca, a coś o tym wiem, gdyż mieszkam w kawalerce. Kształt i kolor są standardowe. Całość przypomina kwadrat i jest obudowana szarym plastikiem. Z przodu został umieszczony panel z gumowymi klawiszami (świecą się, gdy jest ciemno), a na górze znajduje się klapa od skanera. Urządzenie waży 7 kg, czyli nie jest wyjątkowo ciężkie. Sprzęt wygląda estetycznie, ciężko go nazwać typowym „kombajnem”. Produkt nie jest rewolucyjny pod względem wizualnym, ale też nie odbiega od współczesnych kanonów .

Czytaj dalej Brother DCP-165C – test

Manta LCD TV-501 – test

Wystarczyło poczekać i proszę – teraz to wszystko weszło na rynek. Technika ta została wykorzystana nie tylko w monitorach, ale również w przedmiotach codziennego użytku. MP3, MP4, laptopy, komórki, czy telewizory – to one właśnie dzięki super płaskim wyświetlaczom zrobiły niemałą furorę. Twórcy jednak nie kończą swoich wojaży. Moda na miniaturyzację urządzeń dotknęła również firmę Manta, która wprowadziła na rynek nowy telewizor LCD TV-501. Czy warto go kupić?

Gdy pierwszy raz zobaczyłem LCD TV-501 stał on w kartonowym pudełku. Pomyślałem sobie, że tak samo jak stare przenośne telewizor, tak i ten będzie sporo ważył. Podniosłem opakowanie za rączkę i okazało się, że urządzenie praktycznie nic nie waży. Dopiero potem przeczytałem, że masa tego odbiornika to zaledwie 940g. Dzięki małej wadze można urządzenie to zabrać bez większego problemu praktycznie wszędzie.

Po rozpakowaniu telewizorek ponownie mnie zaskoczył. Po pierwsze rozmiarami. 200x210x160 mm, to bardzo mało jak na tego typu urządzenie. Po drugie osadzenie wszystkiego w kształcie piłki jest naprawdę bardzo dobrym pomysłem. Taki design na pewno spodoba się kibicom, poza tym piłka to taki śmieszny kształt, który moim zdaniem pasuje do wspólnego grillowania etc. Zawsze można go również wyjąć i postawić na kuchennym blacie jeśli żona nie pozwala nam oglądać ulubionego programu:)

Lekkość i kształt to dwa pierwsze atuty tego urządzenia, a jak jest dalej?

Czytaj dalej Manta LCD TV-501 – test

FaceBraker – recenzja

Tytuł ten pewnie nie jest Państwu dobrze znany, ale główne założenie twórców z firmy Electronic Arts było proste. Ma to być tytuł, który będzie podobny do NBA Street, czy też NFL Street.

FaceBraker to gra bokserska, która, dzięki przeniesieniu w nowe środowisku, powinna zyskać na żywotności. Dlatego w produkcji tej nie zabrakło pastelowych i bardzo kolorowych postaci, ujrzymy też zadziwiająco szybkie ruchy zawodników i unikalne ciosy. Są tutaj bokserzy, którzy pokażą nam swoje nadprzyrodzone uderzenia, a my, aby je zobaczyć musimy naciskać tylko dwa klawisze. Szybkie ciosy polegają na naciskaniu guzików (pierwszy odpowiedzialny za górne bicie, a drugi za dolne), a silniejsze na przytrzymaniu ich. Blokowanie zaś uderzeń oponenta też nie należy do najtrudniejszych rzeczy. Trzymamy po prostu jeden klawisz i tyle. Resztę zrobi nasz zawodnik. Chyba, że chcemy unikać ciosów, wtedy naciskamy odpowiedni klawisz i wykręcamy gałkę.

Face Braker
Tytułowa nazwa oczywiście znalazła swoje miejsce w grze. To nawiązanie do gamebrakera z gry NBA Street. Tak jak tam, tak i tu musimy naładować odpowiedni pasek. Tym razem robimy to przez zadawanie obrażeń naszemu przeciwnikowi. Gdy już tego dokonamy, naciskamy odpowiedni klawisz, a nasz protagonista wykona nokautujący cios. Wygląda to naprawdę efektownie, ale do czasu. Animacje bowiem cały czas są te same. Jeden facebraker dla jednej postaci. Nie ma mowy o większej ilości wstawek kończących walkę. Oczywiście możemy wykorzystać pasek facebraker wcześniej, ale nasze uderzenie będzie przez to mniej efektywne – nie będzie K.O. na ekranie.

Czytaj dalej FaceBraker – recenzja

Need for Speed Undercover – sprawozdanie z pokazu

Gry z serii Need for Speed są niczym feniks. Raz chylą się ku upadkowi, by zaraz potem odrodzić się niczym ognisty ptak z popiołów.

Na specjalnie zorganizowanej konferencji prasowej firma Electornic Arts postanowiła zaprezentować najnowszą, jedenastą już część Need for Speed. Tym razem, nosi ona podtytuł Undercover. Prezentacja gry odbyła się na parkingu w Złotych Tarasach. Dla dziennikarzy przygotowano bowiem, prócz samego pokazu, kilka drobnych niespodzianek. Po pierwsze stał tam specjalnie przerobiony samochód marki SEAT, który dzięki odpowiednim modyfikacjom, miał moc 330 koni mechanicznych. Dodatkowo zostały zaimplementowane w nim dwie konsole PlayStation 3 i cztery małe telewizorki LCD, a wszystko po to, aby podczas jazdy można było grać. Po drugie, był jeszcze jeden samochód wyścigowy, który odwiózł zwycięzcę turnieju zorganizowanego dla redaktorów.

Praktycznie równo o godzinie 11:00 rozpoczęła się konferencja prasowa. Pani Lidia Zalewska zaprosiła na scenę producenta gry Need for Speed Undercover – Jesse Abneye’a. Gość specjalny odpalił konsolę i zaczął opisywać, jakie to ulepszenia wprowadzono do tego tytułu. Na wstępie zostało powiedziane, że tytuł powstawał aż dwa lata, co zaowocowało masą innowacji. Potem pojawiło się intro, który wdraża Nas w fabułę gry. Będziemy bowiem kierowali poczynaniami osoby, która za swoje wojaże samochodowe została złapana. Protagonista zostanie zwolniony z ciążących na nim zarzutów tylko wtedy, jeśli pomoże agentce federalnej. Oczywiście, lepiej być kapusiem, niż iść do więzienia, tak więc bohater zgadza się na tę ofertę. W tym momencie, my przejmiemy nad nim kontrolę. Trafimy do miasta Tri-City Bay Area, gdzie poznamy gangi złodziei samochodów. Właśnie ich będziemy musieli „sprzedać”.

Czytaj dalej Need for Speed Undercover – sprawozdanie z pokazu

Mercenaries 2 – recenzja

 Co z tego, skoro chyba nie warto…

Druga część przygód trójki najemników o imionach Mattias Nilsson, Jennifer Mui oraz Chris Jacoba przenosi nas do Wenezueli. Postać, w którą się wcielimy wybieramy już na samym początku. Niestety, większych różnic pomiędzy poszczególnymi bohaterami nie ma. Kobieta szybciej biega, a mężczyźni mają większą odporność na obrażenia. Oczywiście prócz tego cała trójka różni się od siebie wyglądem. To chyba najważniejsze – ale nie wiem, czy to dobra rekomendacja.

Tak jak wspomniałem nasza przygoda będzie toczyła się w Wenezueli. Nie ma różnicy jaką postać wybierzemy, bo i tak skazani jesteśmy na tę samą nudną fabułę. Zaczyna się sztampowo – w pierwszej misji wykonujemy zlecenie dla złego człowieka – Ramona Solano. Po wykonaniu roboty pragniemy odebrać nasze wynagrodzenie. Niestety zleceniodawca nie chce zapłacić, wystawia nas żołnierzom, a my musimy ratować się ucieczką. Na koniec zostajemy postrzeleni w prawy pośladek. Po wyleczeniu naszej, jakże krwawiącej i bolesnej rany zaczniemy się mścić na Solano. Wykonamy przy tym szereg misji dla opozycji robiąc przy tym niemałą rozwałkę w mieście. Zlecenia otrzymamy od pięciu zwalczających się grup, z których każda chce przejąć kontrolę nad źródłem ropy.

Czytaj dalej Mercenaries 2 – recenzja

Panda Interent Security 2010

Aplikacja Panda Interent Security 2010 ma następujące hasło promocyjne: „maksimum ochrony, minimum zasobów”. Slogan ten, jak każdy inny, ma przyciągnąć klienta, ale czy aby na pewno ten produkt zasługuję na takie miano? Zaraz sprawdzę to, jak i kilka innych rzeczy.

Panda Internet Security 2010, jak większość programów tego typu składa się z następujących elementów: Anti-Virus, Anti-Spyware, Anti-Phishing, Anti-Rootkit, Firewall i ochrona sieci Wi-Fi, Ochrona tożsamości, Anti-Spam, Kontrola rodzicielska, Możliwość tworzenia kopii zapasowej najważniejszych plików, Backup on-line 2 GB. Na dobrą sprawę, każdy dostępny na rynku produkt tego typu posiada wszystkie wyżej wymienione cechy. Inną sprawą jest to, że jedne programy lepiej wykorzystują poszczególne moduły i dzięki temu dobrze chronią nasz komputer, a inne słabiej. Trzeba przyznać, że Panda Internet Security 2010 pod tym względem wyprzedza o milę świetlną najnowszego ESET Smart Security 4 i  NOD 32 Antyvirus 4. Mogę to udowodnić prostym przykładem. Przez 4 miesiące używałem zestawu ESET Smart Security 4 i po 3 miesiącach wyskoczył mi komunikat, że nie mogę przeglądać zawartości Google, gdyż mam za dużo rootkitów oraz spywarów. Darmowy program, który jest rekomendowany przez Google wykrył 465 pluskiew. Wyleczył 100, bo tylko tyle może usunąć darmowa wersja. Z pomocą przyszła Panda, która oczyściła system ze wszystkich szkodników. NOD mimo tego, że pracował i aktualizował się każdego dnia, nie zabezpieczył poprawnie mojego komputera.  Obecnie Panda jest jedynym programem antywirusowym, który pracuje na moim PC.

Czytaj dalej Panda Interent Security 2010

Airline Tycoon 2 recenzja

13 lat temu chodziłem jeszcze do podstawówki i „zagrywałem” się w grę Airline Tycoon. Tym bardziej sprawiło mi radość, że producent pracuje nad jej kontynuacją. Czekałem, czekałem i gra wylądowała na moim biurku. Budowanie imperium lotniczego czas zacząć!

 Tak więc, jak już się pewnie domyślacie, wcielamy się w jednego z właścicieli linii lotniczych. Jak przystało na szefa, to my kupujemy samoloty, zatrudniamy personel, wybieramy najlepsze trasy przelotowe, rozbudowujemy maszyny, dbamy o dobry wizerunek, podwyższamy lub obcinamy zarobki i wiele, wiele innych rzeczy, które w rzeczywistości są najczęściej wykonywane przez szereg osób. Tutaj my się tym zajmujemy, a działamy tylko i wyłącznie na lotnisku.

 Jednak, aby nie było tak łatwo, na lotnisku są jeszcze trzy konkurencyjne firmy świadczące usługi podobne do naszych. Miło, że w AT 2 pokuszono się o ich większe zróżnicowanie. Teraz każdy z konkurentów ma swoje motywacje do działania, a zarazem swój charakter. Dobrze wypada też pomysł z koneksjami poszczególnych postaci. Przykładowo, Igor Tuppolevsky to biznesmen z Rosji, który ma wielu przyjaciół, a to może mu zapewnić niższe oprocentowanie podczas brania kredytów. Natalie Childman, była modelka, ma koneksje wśród gwiazd, a to sprawia, że kampania reklamowa w jej wykonaniu jest tańsza. Mbangwe Mogambo, były wojak, ma zniżki wśród dostawców paliw, a Tina Cortez, kuchmistrzyni, może serwować najlepsze posiłki na pokładzie swoich samolotów. Dobrze, że pokuszono się o taką różnorodność, a to, w którą postać się wcielicie, zależy tylko od Was.

 Nim jednak sięgnięcie po ten tytuł, czytajcie dalej. W tytule w nasze ręce oddano tryb kampanii – samouczek + misje oraz tryb dowolny. W tym drugim mamy budżet, dostęp do wszystkich opcji i … sprytną głowę. To właśnie w tym trybie można rozwijać swoją linię tak długo, jak tylko chcemy – aż osiągniemy zadowalający nas poziom. Kampanię producent podzielił zaś na 6 misji. Mało! Taka jest prawda i widać, że Kalypso Media (producent) nie wziął nauczki z wydania gry Airline Tycoon i Airline Tycoon Evolution – a szkoda. Na minus też zaliczam to, że w dwie pierwsze misje są takie same jak w poprzedniczkach – przewieź określoną liczbę pasażerów, zarób konkretną  sumę.

 Dobra, ale to jestem jeszcze w stanie przełknąć, ale błędy logicznych i technicznych już nie. Niestety tego pierwszego, jak i drugiego, jest bardzo dużo. Przykładowo, w jednej z misji musimy dbać o wizerunek. My nie możemy korzystać z agencji reklamowej, a konkurencja tak. Czemu? Nie wiadomo. Nie rozumiem też niektórych tekstów dyrektora lotniska, który potrafi powiedzieć coś zupełnie niezwiązanego z tematem rozmowy. Takich błędów jest dużo, a najgorsze jest to, że dochodzą do nich uchybienia techniczne Gra potrafi się zaciąć albo czasami nie zaliczy  przetransportowanych pasażerów itp. Jednak najgorsze jest to, że tytuł ma obrzydliwie wysokie wymagania. Testowałem produkcję na czterech maszynach i tylko na procesorze z i3, 4 GB DDR3 gra zaczynała chodzić płynnie. W poprzednich systemach mogłem zapomnieć o komforcie grania, a nie uważam, aby procesor C2D 3,0 z 6 MB Cache, 4 GB RAM DDR2 i dyskiem SSD był mega wolnym urządzeniem, niepozwalającym na poprawne odpalenie gry, która nie powala graficznie, jak nowy Mass Effect 3 czy inny tytuł z najwyższej półki. Niestety, na wspomnianym komputerze postacie chodziły skokowo, a wczytywanie poszczególnych lokacji trwało około 10-15 sekund. Tutaj dochodzę do setna moich narzekań, a mianowicie tego, że wejście do każdej lokacji wiąże się z pojawieniem ekranu wczytywania. Co to ma być? To już w latach 90. nie było czegoś takiego. I jeszcze nie narzekałbym, gdyby nie trzeba było czekać, ale to po prostu trwa zbyt długo! Przez to ucieka cała frajda i przyjemność z obcowania z tytułem. Ta frajda, którą znalazłem w uproszczonym i bardziej ubogim pierwowzorze.

 Ba, aby jeszcze było gorzej, twórcy postanowili wyrzucić, ich zdaniem, niepotrzebne rozwiązania. Wyobrażacie sobie szefa lotniska bez laptopa? No, ale producent sobie to wyobraził i nie mamy przenośnego komputera, który był bardzo pomocny podczas organizowania lotów. Nie trzeba było się wtedy cofać do biura i układać grafik. W AT 2 zrezygnowano z tego udogodnienia – nie, nie tabletu też nie ma. Tak samo zabrakło telefonu komórkowego. Nie zadzwonimy więc do oddziałów w celu zobaczenia oferty połączeń.   Nie ma możliwości wykupienia konkurencji – jedyna metoda eliminacji, to doprowadzenie ich do bankructwa. Zrezygnowano z przewozów cargo, wywalono dwa biura podróży na rzecz jednego, usunięto warsztat samolotów, nie ma też Araba sprzedającego lewe paliwo i przede wszystkim brakuje humoru! Fani pewnie dobrze pamiętają, że w pierwowzorze można było dać butelkę Whisky pracownikowi, aby ten lepiej nas obsługiwał i wziąć od niego puszkę oleju. Stanik znaleziony u sprzedawcy nowych samolotów dawało się sprzedawczyni, a ta dawała podkowę i tak dalej, i tak dalej. Takie zbieractwo było ciekawe i można było je wykonywać w wolnej chwili. Tutaj niby jest, ale nie tak śmieszne, nie tak ciekawe. Dajemy czapkę pilota barmanowi, a ten odkrywa sekrety konkurencji. Zabawne? Raczej średnio.

 Brakuje też zabawnych wtrąceń, które w pierwowzorze do dnia dzisiejszego mnie rozśmieszają. Gdzie Pan Stańczyk? Ten stary tetryk rozwalał mnie swoim głosem! Nie ma, zabrakło. I niby dział kadr nadal składa się z dwóch wiekowych pracowników, to jednak nie są oni już tak śmieszni. Na plus mogę zaliczyć dyrektora lotnika, który fakt, czasami nie wie, co mówi, ale ubrany jest jak Ojciec Chrzestny i czasami walnie jakąś śmieszną gadkę. Komicznie też wypada Terminator w roli osoby sabotującej działania u konkurencji, czy też konstruktor samolotów nad wyraz podobny do Alberta Einsteina. To takie smaczki, ale jest ich zbyt mało, aby zniwelować cięcia i błędy.

 Airline Tycoon 2 wylał na mnie kubeł zimnej wody. Sprawił, że moje wspomnienia z dzieciństwa nie zostały zatarte, a wręcz przeciwnie, odżyły tak ostro, że postanowiłem odpalić pierwowzór. Dwójkę stawiam na półkę –  niech się kurzy. Słaba optymalizacja silnika, liczne cięcia i średniej jakości grafika sprawiły, że nie mam zamiaru się męczyć i grać w ten tytuł dłużej niż potrzeba. Jeśli więc jest to Wasze pierwsze spotkanie z serią, to omińcie je szerokim łukiem. Polecam Wam jednak Airline Tycoon, które jest o niebo lepsze. Jak zagracie, to zrozumiecie.

Ocena: 6,5

 Plusy:

+ Zróżnicowane postacie

+ Czasami humor

+ Pomysł

Minusy:

– Usunięcie wielu ciekawych rozwiązań

– Słaba optymizacja kodu

– Ciągłe wczytywanie się lokacji

– Średnia grafika

Materiał pochodzi z portalu StacjaKultura.pl i jest jego własnością. Blog powstał na pamiątkę tego portalu dzięki firmie AMSO Komputery poleasingowe.