Media Distribution Solution VS1504 – test

Media Distribution Solution składa się z następujących urządzeń: splitterów Audio/Video: ATEN VS1504 i VS1508 oraz ATEN VB552 VGA Over Cat 5 Repeater – extendera sygnału wideo, kompatybilnego z extenderami KVM.

VS1504 i VS1508 rozdzielają sygnał audio i video z jednego źródła do dużej ilości ekranów, oddalonych nawet do 450 m. Po podłączeniu kaskadowym, sygnał może docierać nawet do setki monitorów, nie tracąc przy tym znakomitej jakości. VB552 to z kolei wzmacniacz sygnału a/v, który powtarza go, przedłużając tym samym dystans przekazu do 450 m.

Mnie udało otrzymać się do testów model VS1504 wraz ze wzmacniaczem sygnału . Dlatego tylko o tych urządzeniach będę mógł napisać parę słów.
Kiedy już zakupimy przełącznik VS-1504, w opakowaniu znajdziemy następujące urządzenia: przełącznik VS1504, 1 VGA/Audio kabel o długości  1,8 metra, zasilacz oraz instrukcję obsługi oraz, tak jak wspomniałem, wzmacniacz, do którego dołożono zasilacz, pilot i instrukcję obsługi. Cały zestaw zmieścił się w niewielkim, szczelnie zamkniętym opakowaniu.

Instalacja tego urządzenia nie jest zbyt prosta. Aby podłączyć wszystko trzeba wpierw dokładnie przeanalizować instrukcję obsługi. Tylko wtedy, bowiem można dobrze skonfigurować wszystkie odbiorniki tak, aby pokazywały ten sam obraz.

Urządzenie oferuje 1 wejście video /4 wyjścia video, które przesyła sygnał do 4 monitorów znajdujących się w odległości 150 metrów, ale łączenie kaskadowe pozwala na zwiększenie liczby podłączonych monitorów. Jeśli odległość ta jest za mała, to z pomocą przychodzi nam wspomniany wcześniej wzmacniacz. Potrafi on przerzucić sygnał na 450m. Wzmacniacz obsługuje monitory VGA, SVGA, XGA, SXGA, UXGA, Multisync. Czyli pole manewrowe jest dosyć spore.

Czytaj dalej Media Distribution Solution VS1504 – test

Codename: Panzers – Zimna Wojna – recenzja

Tym razem, podtytuł chyba już sam w sobie tłumaczy zawartość całej produkcji – Zimna Wojna. Po tym jak III Rzesza przestała istnieć, świat podzielił się na dwie frakcje. Wolny zachód i uciemiężony przez rękę Józefa Stalina wschód. Tak było na łamach historii, ale w alternatywnej rzeczywistości – Codename Panzers, sowiecka Rosja w 1949 roku doprowadza do kolejnego konfliktu zbrojnego. Można go określić III wojną światową. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że mimo odejścia od prawdziwych kart historii, znajdziemy do niej wiele nawiązań. Przykładowo, w grze występuje organizacja NATO. Nie zabrakło też technologii, które wraz z kolejnymi latami, a zarazem toczonymi bojami na froncie, zmieniają się, a my możemy je wykorzystywać w walkach z Rosją. Tak więc w skrócie, historia przedstawiona w Zimnej Wojnie, jest jakby alternatywą dla Zimnej Wojny, jaką my znaliśmy. Tu jest ona bardzo gorącym, a wręcz palącym konfliktem, z którym przyjdzie się zmierzyć każdemu, kto zakupi ten produkt. Warto jednak wspomnieć, że w ukończonej grze, będziemy mogli opowiedzieć się po stronie Sowietów albo Aliantów. W wersji, którą ja dostałem, mogłem jedynie przetestować część fabularną , związaną z tymi drugimi.

Czas iść do szkoły…
Po odpaleniu produkcji, automatycznie zostaniemy wprowadzeniu do samouczka. To on, poprzez szereg zadań, nauczy nas, jak sterować jednostkami, co robić w danym momencie, oraz co dany obiekt, lub pole nam umożliwia. Trzeba przyznać, że jest on bardzo przydatny, gdyż bez niego ciężko byłoby grać. Producent bowiem, wprowadził bardzo wiele urozmaiceń do gry. Dobrym przykładem jest helikopter, który przywiezie nam odpowiedni sprzęt tylko wtedy, kiedy mamy wystarczającą ilość pieniędzy, albo to, że każda jednostka może być z czasem ulepszana. Przykładowo, czołgi możemy uzbroić w działko przeciwlotnicze albo miotacz ognia. Tak więc, naprawdę warto zajrzeć do nauczyciela, aby potem bez problemu zastosować na naszych wrogach wszystkie dostępne metody wyeliminowywania.

Czytaj dalej Codename: Panzers – Zimna Wojna – recenzja

Brother MFC-6890CDW – test

MFC-6890CDW jest urządzeniem, które dzięki niewielkim wymiarom jest w stanie trafić do małych firm oraz domów. Dzięki dzisiejszej miniaturyzacji, w najnowszym sprzęcie od Brothera dostaniemy fax, skaner, drukarkę i drukarkę wielkoformatową. Dodatkowo MFC-6890CDW posiada takie wejścia, jak: CF, MS, SD, i xD. Został również zaimplementowany port USB oraz możliwość połączenia z komputerem za pomocą Wi-Fi. Pojemnik jest w stanie pomieścić około 350 kartek. Podajniki ADF i odbiorniku papieru mogą pomieścić 50 kartek.

W nowym urządzeniu MFC-6890CDW zastosowano są też takie funkcje, jak Book Copy (koryguje na kopiach ciemną linię pomiędzy dwiema stronami rozłożonej książki), Auto Skew Adjustment (koryguje kopiowany obraz, jeśli oryginał nie przylega dokładnie do szyby) oraz funkcja znaku wodnego, która umieszcza na kopiach opracowane wcześniej lub wygenerowane automatycznie sygnatury.

Drukarkę konfiguruje się za pomocą małego, kolorowego ekraniku LCD o przekątnej 4,2’’, który znajduje się na środku obudowy. Panel jest dotykowy i właśnie on pokazuje, jaki jest poziom tuszu, do kogo jest wykonywane połączenie telefoniczne/faksowe, czy też aktualny status urządzenia.

Urządzenie drukuje 35 stron oraz 28 stron grafiki na minutę, w najniższej jakości wydruku. W najlepszym trybie otrzymamy 5 kartek maszynopisu w przeciągu minuty i około 2-3 strony grafiki w tym samym czasie.

Koszt wydruku niestety nie należy do najtańszych, gdyż do drukarki trzeba kupić 4 tusze, aby wszystko działało sprawnie. Niby nic w tym złego, ale opłaca się tylko drukować w najniższej jakości, gdyż wtedy kolor czarny starcza na 900 stron, a kolorowy na 750. Niemniej, gdy będziemy chcieli drukować w najwyższych parametrach, to nabój z barwą czarną skończy się po 450 stronach, a kolorowe kartridże będzie trzeba wymienić po 325 stronach. Wychodzi to mniej więcej 1,10 zł za stronę, czyli całkiem sporo.

Jakoś wydruku jest zadowalając w przypadku wykorzystywania papieru sygnowanego marką Brother oraz przy najlepszych ustawieniach. Tylko wtedy bowiem uzyska się odpowiednią gamę barw. Drukowałem za pomocą tego urządzenia zdjęcie – przyznam, że jakość wydruku jest na tyle zadowalająca, że fotografię postanowiłem oprawić w ramki i powiesić na ścianie pokoju.

Czytaj dalej Brother MFC-6890CDW – test

Grand Theft Auto 4 – recenzja

Taką mrzonkę miał również bohater gry – Niko Bareti, który przyjechał z Rosji do swojego brata (mieszkającego w USA) z przekonaniem, że prowadzi naprawdę dochodowy interes. Niestety rzeczywistość była zupełnie inna. Okazało się bowiem, że jego brat wcale nie jest tak wysoko ustawiony w hierarchii społecznej, będącej zdominowaną przez zielone banknoty. Na dobrą sprawę miał poważne problemy finansowe, zaś my musieliśmy mu pomóc, zarabiając przy tym pieniądze.

Po wcieleniu się w główną postać – dość szybko zostajemy wciągnięci do nielegalnej pracy i zaczynamy zabijać pierwszych ludzi. Pozostałe wydarzenia musicie poznać sami. Fabuła najnowszego GTA jest bowiem naprawdę doskonale napisana. Nieoczekiwane zwroty akcji, przyjaźnie do końca życia oraz dwa zakończenia. To wszystko sprawia, że trzeba powiedzieć prosto z mostu: „GTA IV jest pod tym względem ideałem.”. Co zaś z resztą?

Zacznijmy od rzeczy oczywistych. Najnowsza odsłona Wielkiej Kradzieży Aut to pierwsza wersja tej serii, którą przeznaczono na nową generację konsol. Zaowocowało to oczywiście nowym silnikiem graficznym, znacznie potężniejszy od znanego nam z poprzednich części. Niemniej to, co R zrobiło z mocą drzemiącą w Xboxie 360 i PlayStation 3 przechodzi ludzkie pojęcie. GTA stało się tworem, który jest czymś niesamowitym. To, czego doświadczyliśmy w GTA 3, GTA VC, czy też GTA S.A. jest jedynie namiastka tego, co można jeszcze wpakować do tej gry. Czemu „namiastką”? W GTA IV wszystko jest potężniejsze, bardziej rozbudowane i dopracowane. Pamiętacie przykładowo sklepy w GTA S.A? Teraz jest ich znacznie więcej, dodatkowo (w zależności od dzielnicy) pozwolą nam zakupić odpowiedni styl ubrania, dominujący wśród członków danej społeczności. W dzielnicy rosyjskiej będziemy mogli kupić „seksowny” dres i skórzaną gangsterską kurtkę. W rewirze dla bogaczy natrafimy zaś na piękne koszule, drogie paski oraz najdroższe garnitury. Nie inaczej będzie z zachowaniem mieszkańców (zależnym od statusu społecznego) tudzież samochodami. Ludzie bogatsi chodzą w pięknych rzeczach i odnoszą się z cała kurtuazją. W gorszych dzielnicach spotkamy ich przeciwieństwa – drobne rzezimieszki, przeklinające kobiety, ćpuny zaczepiające Cię na każdym kroku, czy też panny – wykonujące najstarszy zawód świata. Z takim właśnie klimatem będzie nam dane się obeznać. Przypada do gustu? Dla mnie to niebywałe. Wszystko odnosi się do rzeczywistości, zachwyca od samego początku, a wraz z przechodzeniem kolejnych etapów gry zdumienie nie znika. Miasto staje się coraz bardziej zadziwiające. Zawdzięczamy to zmianom architektonicznym w grze. Z początku nasze oczy zobaczą niskie (niekiedy z odpadającym tynkiem) budynki, natomiast po przejechaniu kilkunastu kilometrów wyłonią się przepiękne wieżowce, które bądź, co nie bądź odpowiadają tym w Nowym Yorku.

Czytaj dalej Grand Theft Auto 4 – recenzja

Fight Night Round 4 – recenzja

Przez trzy kolejne dni siedziałem dniami i nocami nad tym tytułem, aby przejść go jak najszybciej i podzielić się z Wami wrażeniami.

„You got the touch You got the power”

Yeeaa, po wymęczeniu Gambita na gg otrzymałem do testów najnowszą odsłonę gry z serii Fight Night Round 4. Czekałem na nią trzy lata, gdyż poprzednia część powstała w 2006 roku. Od tamtego czasu EA pracowało w pocie czoła, a efekty można już zobaczyć na ekranie.

Gdy pierwszy raz włączymy grę, na ekranie pojawi się najpierw intro, które ukaże najciekawsze momenty z gry właściwej. Dwóch pięściarzy, potężne uderzenia sprawiają, że aż chce się wylądować na ringu. Ale spokojne, gdyż od razu po wstępie nie pojawia się menu, tylko opcja treningowa. Wpierw musimy ją przejść, aby dostać się dalej. Moim zdaniem jest to doskonały pomysł, gdyż jeszcze przed rozpoczęciem zabawy można nauczyć się dobrze wyprowadzać ciosy, a ponadto unikać ich.

 

Czytaj dalej Fight Night Round 4 – recenzja

Transformers Fall of Cybertron recenzja gry

Studio High Moon stworzyło naprawdę dobrą grę zatytułowaną  Transformers: War for Cybertron. Sami wystawiliśmy wysoką notę, o czym możecie przekonać się tutaj. Jednak kto nie idzie do przodu ten się cofa i dlatego jeszcze przed premierą Transformers Fall of Cybertron twórcy zapowiadali, że będzie to tytuł taki, jak Batman: Arkham Asylum. Oczywiście nie dosłownie i bardziej chodziło tutaj o przenośnię, którą raczej należy rozumieć w taki sposób, że będzie to tytuł, który da powód do radości fanom uniwersum Transformers i chyba tak się też stało, gdyż argumentów  jest sporo.

Przede wszystkim ukłonem w stronę fanów jest wątek fabularny, który jasno nawiązuje do kreskówkowego serialu  Transformers G1. Tak więc dowiadujemy się z niego, że pewnego dnia Megatron odkrył Dark Energon (Ciemny Energon), który niestety nie jest dobry dla planety Cybertron i przez niego ona umiera. Rozpoczyna się więc wojna, o to aby uchować ją przy życiu. Jednak gdyby to się nie udało na wszelki wypadek Autoboty tworzą Arkę – wielki transportowiec do przewozu tych wszystkich, którzy zechcą się wraz z nimiuratować. Niestety, w tworzeniu statku przeszkadzają Decepticony z Megatronem na czele i tylko od nas zależy, czy cały ten plan rozłożony na 13 misji dojdzie do skutku. Miło również, że podczas przechodzenia gry dowiemy się, jak powstały Dinoboty czy Decepticon Bruticus. Wyjaśniona zostanie również tajemnica niskiego IQ Grimlocka.

Co mi się podobało…

Po pierwsze sterowanie, które nie zostało prawie zmienione względem pierwowzoru. Fall of Cybertron zachowuje więc system z poprzednika. To ułatwia migrację z pierwszej do drugiej części. Poprawiono jedynie niewielki problem z przypadkową transformacją. W Fall of Cybertron już to się nie przydaża, ale niestety zmiana robota w pojazd jest o dwie sekundy dłuższa. Niestety, coś za coś.

Po drugie poprawiono sekcje, w których latamy. Główną skargą wobec gry War for Cybertron była ta dotycząca misji, w których poruszamy się takimi mechami jak Starscream, Thundercracker, Skywarp etc. Zamknięte lokacje psuły efekt przemieszczania się jako samolot i dlatego poprawiono ten segment zabawy oferując nam szerokie i otwarte przestrzenie, gdzie można naprawdę rozwinąć skrzydła.

Szybka i pełna akcji

Po trzecie. Fall of Cybertron kontynuuje tradycję zapoczątkowaną przez poprzednika, a więc jest błyskawicznym, pełnym akcji shooterem z widokiem trzeciej osoby. To sprawia, że od tytułu nie można się oderwać, ale niestety przez to można ukończyć go w około 7 godzin. Z drugiej strony wszystkie te 420 minuty są bardzo ekscytujące i nie da się ich zapomnieć. Poza tym zawsze możemy powalczyć w sieci.

Dużo do zbierania

Po czwarte. Fall of Cybertron oferuje możliwość zbierania licznych przedmiotów, które ukryte są na każdym poziomie. Jeśli się pokusimy na tego typu zabawę, to w nasze dłonie wpadną plany nowych broni i modyfikacji, które pomogą w przechodzeniu gry oraz zabawie w trybie sieciowym. Producent umożliwił również skolekcjonowanie ścieżek audio czy dzienników, te drugie rozszerzają wątek związany z upadkiem Cybertronu.

Sklep z modyfikacjami

Po piąte. Szukanie modyfikacji to nie jedyna możliwość ulepszenia naszego arsenału. Dzięki specjalnymi terminalom możemy cały czas możemy je nabyć. Większość tych ulepszeń przydaje się w późniejszych poziomach. Interfejs tego „sklepu” ładnie wpasowuje się w grę i jest czytelny.

Bronie

Po szóste. Skoro już o modyfikacjach mowa to oczywiście dotyczą one broni. Zwiększają one ich siłę, ale warto wspomnieć o „modelach”, jakimi dysponują Transformery. Mamy więc dostęp do snajperek, shotgunów, karabinów, wyrzutni rakiet, czy też bardziej efekciarskie zabawki, jak pukawka, która po trafieniu w przeciwnika sprawia, że ten walczy po naszej stronie przez pewien czas. Zdecydowanie różnorodność broni jest plusem  tej produkcji.

Multiplayer

Po siódme. Cieszy to, że ten segment zabawy również został odpowiednio potraktowany przez dewelopera. Najlepszym tego przykładem jest rzucający się od razu w oczy tryb kooperacyjny nazwany „Escalation” (Eskalacja) nawiązujący do  trybu Horda z Gears of War 3. W tej opcji zabawy wybieramy jednego z Autobotów lub Decepticonów i wraz z innymi graczami staramy się przetrwać 15 fal, w których atakują nas przeciwnicy. Za zdobyte podczas walki punkty możemy zakupić nowe bronie lub lepiej ufortyfikować planszę, na której walczymy.

Pozostałe tryby to  Team Deathmatch, w którym dwie drużyny walczą między sobą. Następnie jest  Capture the Flag, w którym musimy utrzymać wybrane punkty na mapie. Możemy również wziąć udział w Head Hunter, gdzie naszą misją jest przenoszenie iskry w określone miejsca.

Zabawa w trybie on-line jest szybka dynamiczna i często wymaga spójności w drużynie. W przeciwnym razie przegraną mamy zagwarantowaną. Trzeba bowiem odpowiednio połączyć unikalne cechy mechów, jak niewidzialność, leczenie czy osłona. Tylko wtedy możliwa jest wygrana.

Końcowa misja

Po ósme. Napiszę tylko tyle, że jest wręcz przecudna, piekielnie wymagająca i szalona, a końcowy przeciwnik ( w sumie jedyny), uch to była walka na śmierć i życie. Więcej dowiecie się kupując i grając w ten tytuł.

Co mi się nie podoba

Są to tylko dwie kwestie. Po pierwsze nie można zmieniać bohaterów. Szkoda, gdyż bardzo mi się podobała możliwość wybierania postaci, którymi będę się poruszał w grze War of Cybertron. Niestety, Fall of Cybertron nie posiada takiej opcji. Oczywiście ma to związek z fabułą, ale z drugiej strony uwstecznia to lekko tytuł.

Po drugie zakończenie (spojlery). Pokonanie ostatniego przeciwnika praktycznie kończy grę. Nie wiemy, co było dalej, ani co będzie. Z jednej strony mamy zasugerowane, że pojawi się kontynuacja, ale z drugiej nie otrzymujemy odpowiedniej nagrody za nasze boje. Szkoda, gdyż każdy gracz pragnie epicko zakończyć tytuł. Tutaj niestety tego zabrakło.

Grafika to element, który znalazł się poza kategoriami, gdyż ogólnie jest bardzo podobna do tej zaprezentowanej w poprzedniej części. Modele postaci są tylko nieco bardziej szczegółowe i otoczenie wygląda jakby dostało trochę więcej detalów. Mimo wszystko wielkiego skoku nie ma.

Fall of Cybertron to bardzo udana kontynuacja i, co by tu nie pisać, jest godną następczynią War of Cybertron. Jak przystało na sequel otrzymaliśmy to co było w pierwowzorze, ale udoskonalone, upiększone, powiększone i intensywniejsze. Pomysł się udał i jak na razie jest to najlepsza gra o przygodach Transformerów, jaką miałem kiedykolwiek w swojej kolekcji. Wydaję mi się jednak, że  jest to również ostatnia tak udana produkcja studia High Moon, a kolejne części będą już porównywalne do tej. Zespół bowiem wycisnął już chyba ostatnie soki z tego uniwersum, ale mam nadzieję, że się mylę…

Ocena: 9/10

Plusy:

+ Grafika

+ Rozbudowanie

+ Fabuła

+ Zabawa on-line

+ Dynamika

Minusy:

– Zakończenie

– Brak możliwości wybierania bohaterów

Blog jest częścią StacjaKultura.pl i jest jej własnością. AMSO Laptopy poleasingowe utrzymuje całą StacjaKultura.pl

Trine 2 recenzja gry

Nad recenzją gry Trine 2, a dokładnie nad jej początkiem myślałem dosyć długo, a to dlatego, że takie tytuły są bajkowe i powinno się je opisywać również w fantazyjny sposób. Mamy tutaj bowiem ponownie produkcję, która przenosi nas do krainy Trine, gdyż w niej powtórnie pojawiło się zło, które powoli pochłania sielankowe życie jej mieszkańców. Dlatego też trójka bohaterów poznanych w pierwszej części ponownie ma zamiar ocalić swój świat, a my musimy im w tym pomóc.

Fabuła brzmi może i naiwnie, ale takie są bajki. Jedne potrafią być bardziej złożone, inne mniej, jednak w serii Trine nie chodzi o scenariusz, tylko o sposób jego przedstawienia i w tym aspekcie producent gry (ponownie studio Frozenbyte) spisał się na medal. Przede wszystkim dlatego, że odżyły we mnie wspomnienia, „echa dziecięcych lat”(2), a było to możliwe dzięki wspaniałym przerywnikom filmowym. Te, jak w pierwszej cześć historia jest opowiada przez ciepły, głos przywodzący na myśl dziadka przy kominku w tle. Poza tym, wspaniała paleta barw i nasycenie kolorów sprawiają, że od tej produkcji ciężko się oderwać. Dzięki połączeniu tych obydwu elementów otrzymałem coś w rodzaju sztuki z aktorami, w której tło zostało stworzone przez genialnego scenarzystę, mającego nieograniczony budżet. To właśnie w takich produkcjach jak Trine 2 widać, że wirtualny świat może dorównać najznakomitszym produkcjom kina.

W grze ponownie pojawia się trójka bohaterów, którzy uzupełniają się swoimi zdolnościami i tym samym mogą wykonać nawet najtrudniejsze misje. Do dyspozycji powrócił więc Mag, który jest główną postacią i to nią będziemy sterowali. Czarodziej posiada moce, takie jak unoszenie obiektów, przywoływanie przedmiotów i przede wszystkim potrafi rozwiązywać łamigłówki, a tych jest od zatrzęsienia w tej produkcji. Czasami nawet trzeba dłużej pomyśleć, aby przejść dalej. Mag ma jednak pewną słabość, a jest nią jego „kruchość”. Wystarczy kilka ciosów i ginie. Jednak cały czas ma przy sobie swoją gwardię honorową, w skład której wchodzi Złodziejka. Kobieta jest zwinna, doskonale posługuje się liną z hakiem i tym samym potrafi dostać się w miejsca niedostępne dla pozostałych członków załogi. Złodziejka ma jeszcze jedną umiejętność, a jest nią do mistrzostwa opanowana sztuka posługiwania się łukiem. Godzi więc śmiercionośnymi strzałami w nadchodzących przeciwników. Jednak również ma swoją „piętę Achillesa”, a jest nią również delikatność. Kiedy, przeciwnik jest blisko niej, to jest praktycznie bez szans i szybko ginie. Jednak jest ktoś, kto potrafi umiejętnie ochronić te dwie postacie, a jest nią Rycerz/Wojownik. Ten lubuje się we władaniu mieczem i młotem. Dzięki temu atakujący go wrogowie są wycinani w pień.

Na bajeczność Trine 2 składa się też jej charakter, gdyż jest to platformówka z krwi i kości. Dzisiaj już jest niewiele przedstawicieli tego gatunku. Dlatego wspomnę, że w tego typu produkcjach głównym celem jest dotarcie z punktu do punktu. Jednak, aby nie było nudno, po drodze napotykamy wiele baśniowych dziwactw. Raz przed nami staną osobliwe pnącza, czy złe krasnoludy, a potem pojawi się okazja do rozwiązania łamigłówki. Czasami trzeba zbudować rurociąg z wodą, innym razem skorzystać z teleportera. Jedno jest pewne każdą zagadkę można rozwiązać na kilka możliwych sposobów. Na koniec przyjdzie nam „dopakować” naszą postać niczym w produkcjach RPG (nie zabrakło też zbierania magicznych przedmiotów). Ta ostatnia kwestia jest dosyć ważna, gdyż bez niej z czasem nie będziemy mogli przejść dalej. Warto też rozwijać umiejętności, gdyż wtedy nasi druhowie szybciej potrafią rozprawić się z oponentami, np. wybuchająca strzała robi większe spustoszenie niż zwyczajna.

[strona_podzial]

Wszystkie te zdolności będzie można wykorzystać podczas prawie 10-godzinnej zabawy. Tak, mimo że Trine 2 oferuje mniej poziomów niż pierwowzór, to jednak rozrywka została wydłużona. Pokonanie bowiem jednego rozdziału zajmuje ponad godzinę i cieszy to, że podczas przechodzenia możemy zapisać grę w każdym momencie. Przypomnę, że w jedynce musieliśmy przejść cały poziom, aby móc to uczynić. Czas zabawy wydłużają również opisane wcześniej łamigłówki, które z banalnych robią się coraz zmyślniejsze.

Na uwagę graczy na pewno zasługuje również opcja zabawy online. Przypominają mi się dobre czasy papierowych gier RPG, kiedy to każdy wybierał jedną postać i do końca zabawy w nią się wcielał. Nie inaczej jest w Trine 2, gdzie na początku osoby wybierają postać i podczas zabawy nie mogą jej zmienić. Na dodatek tryb online jest trudniejszy, a to dlatego, że cały czas musimy być czujni. W singlu do danej planszy od razu przypisywana jest postać, a w zabawie przez sieć wspólnymi siłami trzeba rozwikłać, kto może zająć się daną przeszkodą i nierzadko okazuje się, że potrzeba więcej niż jednej pary rąk… Tym samym komunikacja w tej produkcji jest bardzo ważna i doskonale zespala grupę. Po takich 9 godzinach zabawy wszyscy będą mistrzami.

Oprawa wizualna to majstersztyk, świetne tła, kolory, stała ilość klatek na sekundę i urzekająca paleta barw. Ten cały świat jest na dodatek okraszony świetną muzyką stworzoną przez Arii Pulkkinen – znany chociażby z soundtracka do gry Angry Birds. Magiczny, bajowy świat jest więc tak zachwycający, że nie zwraca się uwagi na to, że czasami oponenci potrafią się zaklinować w elemencie tła.

W piosence „Pożegnanie z Bajką” padają słowa: „Kiedy pożegnasz już Bajkę, Bajkę z dziecięcych lat , Zamkniesz za sobą furtkę, Zaczarowany świat”(3). Gra Trine i Trine 2 ponownie otworzyły te niezwykłe wrota, furtkę do zaczarowanego ogrodu, w którym chce się być, żyć i trwać. Tym samym  bajka nie jest już tylko wspomnieniem, powróciła i ponownie rozpaliła ogień w sercach.

Materiał jest własnością portalu StacjaKultura.pl, a ten blog jest jego częścią. AMSO Komputery poleasignowe utrzymuje nasze witryny. Dziękujemy.

Ocena: 8,5/10

Plusy:
+ Grafika
+ Muzyka
+ Pomysł
+ Długość
+ Zabawa on-line

Minusy:
– Fabuła
– Drobne błędy techniczne

(1)(2)(3) – tekst piosenki Zdzisławy Sośnickiej – Pożegnanie z bajką

Tomb Raider recenzja gry

Nie wiem od czego zacząć… Chciałbym opowiedzieć wszystko, a nie mogę. Uch, serce jeszcze mi bije mocno po tych 11 godzinach z Larą. Ten czas był wypełniony trzema elementami – strzelaniem, wspinaczką i myśleniem. Do tego doszła jeszcze niesamowicie wciągająca fabuła, o której… powinniście wiedzieć jak najmniej. Tak, jak przewidywaliśmy i kilka razy pisaliśmy, Lara wraz z kilkoma członkami załogi ratuje się z rozbitego statku. Co ciekawe, do katastrofy nie doszło przypadkiem, gdyż maczały w tym wszystkim palce siły nadprzyrodzone. Tak, nowy Tomb Raider to połączenie wielkiej przygody, odkrywania skarbów niczym Indiana Jones, wątku dawnej religii oraz samurajów. Trzeba przyznać, że wyszło wspaniale, ale o tym przekonacie się już sami.

 

Fabuła  fabułą, ale zawsze powinien odkryć ją gracz, a nie recenzent. Jednak to, co świadczy o wybitności danego produktu, to nie tylko dobrze napisany scenariusz. To również gra wielu aktorów, a w grach nie liczą się tylko oni, a wiele innych aspektów. Przede wszystkim widać, że Lara Croft wróciła w wielkim stylu. Restart ukazuje ją na samym początku jako płochą dziewczynę z miasta, która stara się przeżyć. Jej inteligencja sprawia, że dostosowuje się do tego, co zaserwowało jej życie. Lara uczy się strzelać z łuku i broni, zaczyna też sprawnie używać ognia do podpalania strzał oraz, wraz z rozwojem wydarzeń, modyfikuje swoje narzędzia do zabijania. Wszystko po to, aby móc przetrwać w niebezpiecznej puszczy wypełnionej wilkami, i nie chodzi tutaj tylko o zwierzęta, gdyż w tej głuszy nawet człowiek człowiekowi jest wilkiem. Lara stara się więc jak najszybciej uratować ocalałych i wydostać się z przeklętej wyspy. Niestety, w praktyce okaże się, że będzie musiała sporo przejść, aby w końcu wyruszyć do domu.

 

Wspólnie z Larą przejdziemy przez liczne potoki górskie, odwiedzimy jaskinie, opuszczone domy, świątynie, mauzolea i wiele innych wspaniałych miejsc. Trzeba przyznać, że zostały one wykonane perfekcyjnie! Stojąc na zboczu góry i widząc wschodzące słońce nie raz myślałem, że to film, a nie gra. Przepiękne widoki to jednak nie wszystko. Dochodzą do tego również mroczne zakamarki wyspy, jak rzeka pełna krwi i zwłok – tego typu obrazki są bardzo częste, a do tego dochodzą świątynie, w których jak się okazuje nie mieszkają przyjaźni mnisi, a rządni krwi… Doskonale więc producent pokazał, że w pięknym lesie jest wiele zła i okrucieństwa.

 

Trzeba jeszcze dodać, że każda z lokacji „żyje” i nie ma mowy o nudzie. Raz przyjdzie nam walczyć z wilkami lub ustrzelić jelonka na obiad, a innym razem będziemy skakali z liny na linę, wspinali się po górach czy przeskakiwali z platformy na platformę. Do tego jeszcze dochodzą potyczki z wrogami i tak otrzymujemy potężną dawkę akcji. Warto również napomnieć o dużej dawce integracji z otoczeniem. Lara praktycznie cały czas coś dotyka, rozbija, pali, znajduje. Tak, ta gra to niesamowite pole do popisu dla ludzi, którzy lubią szukać części dziennika, starych przedmiotów (można poznawać ich historię) i poszukiwaczy skarbów. Do tego dochodzą elementy, które można niszczyć lub palić. To one pomagają w unicestwianiu wrogów. Przykładowo strzała wystrzelona w beczkę sprawia, że ona wybucha i niszczy przy tym całe zabudowanie. Deski latają, zwłoki również: widać, że ktoś potrafi dbać o takie szczegóły i dobrze to świadczy o twórcach. Miło również, że czasami, aby dostać się dalej, trzeba pogłówkować. Przykładowo, za pomocą wielkiego dzwonu należy rozbić drzwi, potem podnieść go trochę wyżej, wskoczyć i dopiero można iść dalej. Przyznam się, że przy jednej z łamigłówek spędziłem całe 5 minut, a to sporo jak na grę akcji. Ten element zabawy opiera się głównie na żywiołach i grawitacji, a to sprawia, że jest bardzo ciekawy.

 

Jednak te wszystkie efektowne eksplozje, zabijanie i dobijanie są możliwe tylko dzięki broni. Lara z biegiem wydarzeń gromadzi niezły arsenał, który w końcowym rozrachunku składa się z łuku (strzały normalne i ogniowe), karabinu (pociski i granaty), shotguna i czekana. Ten ostatni okaże się bardzo wielofunkcyjnym urządzeniem, gdyż otwiera zabarykadowane drzwi, umożliwia spuszczanie się po linie, no i dobija efektownie przeciwników! Tak, tak Lara z biegiem wydarzeń potrafi zabić otumanionego przeciwnika jednym ciosem – drągal w głowę i sayonara! Można też załatwić sprawę po cichu- wystarczy zakraść się za jego plecy, użyć czekana lub łuku. Stres i emocje gwarantowane, ale tych najwięcej dostarczają chwile, w których trzeba unikać ciosu, zadawać ogłuszające uderzenia i dobijać przeciwnika.

 

Jak możecie wyczytać, to wszystko na razie ma sens. Lara z biegiem wydarzeń zaczyna lepiej reagować, staje się czujniejsza i radzi sobie coraz lepiej w trudnych sytuacjach. Do tego każde jej potknięcie okraszone jest śmiercią, którą widzimy na własne oczy. Miło również, że praktycznie w każdej scenie akcji, my bierzemy w tym udział. Przykładowo, spadając w dół w rwącym potoku musimy sterować Larą tak, aby nie trafić w wystające belki, które mogłyby przebić jej szyję. To tylko próbka tego, co zobaczycie w grze!

 

Szkoda, że ten piękny krajobraz niszczą błędy typu przeciwnicy (wilki bądź ludzie) pojawiający się zawsze w tym samym miejscu, albo to, że tylko Lara ma umorusane, mokre i brzydkie ubranie, a pozostali członkowie załogi wyglądają, jakby dopiero wyszli z nowymi ciuchami prosto ze sklepu. Mam również „ale” do twórców, gdyż szkoda, że nie oddali w nasze dłoni możliwości opatrywania sobie ran czy leczenia. Na pewno wzbogaciłoby to rozrywkę. Brakuje mi też możliwości ustalania, kiedy chcę wykorzystać daną osłonę, a kiedy nie. Lara robi to za nas, co czasami potrafi doprowadzić do jej śmierci. Czasami też kuleje AI przeciwników, którzy mimo, że nas widzą to strzelają w inną stronę. Trochę też dziwnym i niezbyt dla mnie zrozumiałym motywem jest totalne poświęcenie się Lary dla dziewczyny imieniem Sam. Protagonistka zrobi wszystko, aby ją uratować. Nie wnikam, co te panie robiły razem na studiach, ale na pewno coś musiało je tam silnie złączyć…

 

Graficznie tytuł, jak już pewnie się domyślacie, jest genialny. Piękne widoki, dużo akcji i do tego gra nigdy się nie przycina (oczywiście wgrałem ją na dysk). Czasami tylko widać, że tła się doczytują, ale to naprawdę rzadkość. Większość scenerii i otoczenia wybucha, pali się, rozlatuje bez żadnych zgrzytów – to robi wrażenie.

 

Dźwiękowo również jest niczego sobie. Lara podczas wspinaczki dyszy i wydaje odgłosy sugerujące, że jest jej ciężko (wszyscy wiemy, że ściemnia). Głos został dobrze dobrany do postaci. Do tego dochodzą świetne dźwięki otoczenia, jak rozpinanie rozporka (!), naciąganie łuku, przeładowywanie broni, szum liści, palące się deski i wiele innych niuansów, które przy dobrych głośnikach naprawdę oddają to, co dzieje się wokół nas.

 

Na koniec dodam jeszcze, że po przejściu gry możemy do niej wrócić i eksplorować poszczególne lokacje raz jeszcze w celu odnalezienia wszystkich znajdek – taki miły dodatek.

 

Totalnie wkręciłem się w nowego Tomb Raidera. Chciałem poznać zakończenie, chciałem biec dalej, skakać, łapać się lin i ogólnie poznać niesamowitą historię wyspy, na której wylądowałem. To była wielka i emocjonująca przygoda… Oj, oby więcej takich!

 

 

Ocena: 9/10

Plusy:

+długość zabawy
+piękna grafika

+świetna fabuła

+bardziej naturalna Lara!
+dużo artefaktów do odkrywania
+dźwięk

Minusy:

-czasami doczytujące się tła

-dziwna więź pomiędzy kobietami…
-okolicznościowe błędy

Materiał pochodzi z portalu StacjaKultura.pl, a ten blog jest jego własnością. Witryna utrzymana dzięki AMSO Laptopy poleasingowe warszawa

Transcend SSD 720 test dysku ssd

Dyski SSD mimo że tanieją to jednak ich cena nadal jest wysoka. Skro więc można zaoszczędzić parę cennych złotych i mieć porównywalne parametry to po co przepłacać. Tak w skrócie można opisać dysk Transcend SSD 720 – o czym zaraz się przekonacie.

Nim jednak pochwalę się wynikami, jakimi może poszczycić się ten dysk przypomnę czym jest technologia SSD. Jeśli więc drogi czytelniku wiesz co to takiego i „z czym to się je” to omiń poniższe trzy akapity i przejdź do konkretów. Tymczasem nazwa solid state podkreśla, że ich konstrukcja oparta jest na elementach elektronicznych – w odróżnieniu od dysków HDD, które funkcjonują w oparciu o ruchome części elektromechaniczne. Nie ujrzymy więc tutaj talerzy, które robią obroty (normalne dyski), a to oznacza, że pamięć jest znanie szybsza od klasycznego złomu.  Główne plusy dysków opisywanych tutaj to: Wydajność, wytrzymałość i oszczędność energii. Lista zalet SSD tutaj się jednak nie kończy. Szybkości odczytu/zapisu są zdecydowanie szybsze od tych osiąganych przez dyski HDD. Dodatkowo dyski SSD charakteryzują się zdecydowanie krótszym czasem dostępu do danych (nawet o kilkadziesiąt razy) oraz cichą pracą. Pamięci SSD nie rozgrzewają się tak bardzo jak HDD. To z kolei przekłada się – oprócz wytrzymałości urządzenia – na zmniejszenie poboru energii. Ten jest zdecydowanie niższy niż w przypadku HDD. Bateria w laptopie wyposażonym w SSD działa o 20-30 min dłużej, niż w takim z wmontowanym dyskiem mechanicznym.

Jak to wszystko zrozumieć? W wielkim uproszczeniu nawet jeśli masz komputer z 16 GB RAM, Kilkurdzeniowym procesorem i niesamowitą kartą graficzną, to wiedz jedno, że jeśli nie masz dysku SSD to Twoim najsłabszym ogniwem jest właśnie dysk. Wolny dostęp do danych sprawia, że nic więcej na nim nie osiągniesz. Mając normalny HDD z 7200 obrotów Twój komputer i tak będzie wolny. Dlatego właśnie warto inwestować w dyski SSD opisane poniżej.

Minusy? Oczywiście są takie. Po pierwsze cena. SSD to nadal wydatek rzędu kilku stów za pojemność do 100-120 GB.  Dla porównania nowe 500 GB HDD to wydatek około 250 zł. Po drugie podobno po 6-7 latach dysk SSD zaczyna tracić dane. Niby minus, ale trzeba zaznaczyć, że normalne HDD również ma takie problemy. Dodatkowo trzeba pomyśleć czy za 6-7 lat przy takim rozwoju technologii będziemy jeszcze korzystali z tego samego komputera i dyska – raczej wątpię.

Dyski SSD 720 trafiły na rynek w czterech różnych pojemnościach – 64, 128, 256 i 512 GB. Nam udało otrzymać do testów wersje przed ostatnią, której pojemność właściwa to 238 GB. Cały moduł został obłożony metalową obudową nadając bryle grubość w okolicach 7 mm. Tym samym dysk 2,5 calowy prócz trafienia do komputerów stacjonarnych i laptopów może zostać wykorzystany również w ultrabookach . Nośnik oczywiście został wyposażony w interfejs SATA 3 pozwalający na przesył danych 6 GB/s, a według deklaracji producenta przy wykorzystaniu tego złącza odczyt wynosi 550 MB/s, a zapis to 500 MB/s. Prócz tego dodano również obsługę poleceń TRIM i procesów   Garbage Collection, co wpływa na mniejszą degradacje szybkiego zapisu.

Tyle na temat tego, co znajdziemy w napisach na pudełkach. Teraz czas na rozliczenia. Do testów został wykorzystany najpopularniejszy program do sprawdzania dysków, a mianowicie ATTO.

Wyniki prezentują się następująco:

0,5 KB to zapis na poziomie 18167 odczyt 21376 (więcej lepiej)
64 KB to zapis na poziomie: 513775 odczyt: 455658 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie: 534495 odczyt: 559240 (więcej lepiej)

Dla porównania pod ten sam kontroler został podpięty dysk Kingston Hyper X 3K SSD, a o to jego wyniki:

0,5 KB to zapis na poziomie 16302 odczyt 15066 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 469762 odczyt 419037 (więcej lepiej)
8192KB to zapis na poziomie 490293 odczyt 552841(więcej lepiej)

Tak więc, jak widać SSD  Transcend mimo tego, że jest tańszy od flagowej marki Kingstona to osiąga trochę lepsze rezultaty pod kontrolerem SATA 3.

Oczywiście pamiętam również o osobach, które nie posiadają na płycie kontrolera SATA 3 i korzystają z jego starszej wersji – SATA 2. Dla nich przeprowadziłem oddzielne testy, z których wynika, że:

0,5 KB to zapis na poziomie 21906 odczyt 28983 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 266862 odczyt 265534 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie 269513 odczyt 283159 (więcej lepiej)

Dla porównania jeszcze Kingston:

0,5 KB to zapis na poziomie 2188 odczyt 22234 (więcej lepiej)
64KB to zapis na poziomie 268435 odczyt 266107 (więcej lepiej)
8192 KB to zapis na poziomie 271145 odczyt 284359 (więcej lepiej)

Widać, że Kingston ponownie wygrywa pod względem działania na kontrolerach SATA 2. Przypomnę, że wcześniej ten sam dysk pokonał w rywalizacji SSD520 od Intela. Mimo wszystko warto dodać, że Transcend SSD 720 cenowo prześciga obydwa produkty, a parametrami jest bardzo zbliżony do nich. Tak więc jeśli sugerujecie się w życiu dewizą – „skoro nie widać różnicy, po co przepłacać ?” To opisywany dzisiaj dysk jest właśnie Wam dedykowany.

 Sponsorem witryny jest AMSO laptopy poleasingowe warszawa.

Ocena: 9/10

Plusy:

+ Tańszy od konkurencji

+ Porównywalne parametry

+ Zabezpieczenia przy szybkim zapisie

Minusy:

– Mimo wszystko cena

ESET Smart Security 4 – test

Otrzymałem Nortona i powiem szczerze, że nie byłem z niego zadowolony, gdyż wolno się aktualizował i słabo sprawdzał pliki. Teraz jednak powrócił do mnie NOD, ale w nowej wersji nazwanej ESET Smart Security 4. Czas sprawdzić, na co stać ten program antywirusowy…

Określę jasno – ESET Smart Security 4, to na dobrą sprawę NOD 32 Antyvirus, Antispyware, Firewall i Antispam w jednym opakowaniu. Czyli za około 200 zł, otrzymujemy cztery programy w jednym. Skoro już jasno określiliśmy, co i jak, to zaczynamy test.

Po pierwsze, program kupimy w sklepie, albo przez Internet. ESET SS 4 można bowiem ściągnąć na dysk ze strony producenta, aby następnie wpisać licencję, która wcześniej zakupiliśmy. Ja otrzymałem wersje pudełkową, ale po wgraniu programu i tak musiałem zarejestrować się za pomocą witryny WWW. Gdy system się wgrał, dostałem na e-mail login i hasło. Wpisałem je i program zaczął działać. Pierwsze, co zrobił to sprawdził, jakich jeszcze aktualizacji systemowych nie zainstalowałem. Poinformował mnie o tym, a następnie zaktualizował się do najnowszej wersji.

Czytaj dalej ESET Smart Security 4 – test